magiczneMagiczne drzewo, reż. A. Maleszka, 2009

Film Andrzeja Maleszki widzieliśmy już dawno, tuż po premierze. Nie pisałam o nim jak dotąd z dwóch powodów: pierwszy to nasze ostatnie olśnienie filmami Hayao Miyazaki’ego („Mój sąsiad Totoro”, „Nausicaa z Doliny Wiatru”, „Spirited away„), które nam trochę „Magiczne drzewo” przyćmiły. Drugi powód, to swoista niepewność, jak o tym filmie pisać. O filmie, który jest tak całkowicie dla dzieci: bez ukrytych znaczeń, podtekstów, drugiego dna. O filmie tak prostym. Nieprzeładowanym. I jak uniknąć pułapki powtarzalności, w którą wpada spora grupa krytyków – większość czytanych przeze mnie recenzji była uderzająco do siebie podobna, no może poza wypowiedziami prasowymi Wojciecha Orlińskiego, który nieco podniósł emocjonalny ton ogólnie bardzo pozytywnych lecz dziwnie bezpłciowych opinii wypowiadanych przez innych dziennikarzy, określając dzieło Maleszki jako    „wybitne na tle produkcji światowej„.

Magiczne drzewo” jest w zasadzie niczym innym, jak jeszcze jednym, tym razem pełnometrażowym odcinkiem głośnego, uhonorowanego nagrodą Emmy, serialu pod tą samą nazwą. Tytułowy dąb zostaje powalony przez ogromną burzę z piorunami i  przewieziony do tartaku; z drewna zostaje wykonanych wiele niewinnych na pozór przedmiotów: sanki, kostka do gry, szafa – wszystko obdarzone niezwykłą, magiczną mocą. No i krzesło, posiadające tę czarodziejską właściwość, że ilekroć ktokolwiek usiadłszy na nim wypowie jakieś życzenie, niechybnie się ono spełni. Czerwone siedzisko pojawia się nagle pewnego letniego dnia w życiu pięcioosobowej rodziny i wleczone trochę siłą bezwładu za sobą, najpierw spełnia życzenie nieświadomych niczego dzieci dotyczące dostawy świeżej pizzy (za którą nawet nie trzeba płacić), a potem, niestety, życzenie straszliwej ciotuni ( w tej roli Hanna Śleszyńska), której pragnieniem jest ni mniej ni więcej tylko to, by niezaradni życiowo rodzice całej trójki ( role Agnieszki Grochowskiej i Andrzeja Chyry) przyjęli lukratywną propozycję pracy w orkiestrze na luksusowym statku podczas jego całorocznego rejsu. Mówisz i masz, magia działa – ogarnięci amokiem rodzice w pośpiechu pakują manatki i głusi na przerażenie i protesty potomstwa pozostawiają je pod opieką strasznej cioteczki ( w tym momencie seansu moje dziecko rozchlipało się okropnie, zaklinając mnie, bym go nigdy nie tak zostawiła…).

Trójce pozostawionej pod opieką niesympatycznej ciotki-karierowiczki, mieszkającej w ascetycznie urządzonym i przeraźliwie czystym domu, nie zostaje nic innego, jak próbować odwrócić czar – to jest złapać statek rodziców w kolejnym porcie i, ponownie używając krzesła, wypowiedzieć następne życzenie, mające ogłupiałych czarem mamę i tatę przywrócić na łono rodziny. Na przeszkodzie Tosi, Filipowi i Kukiemu staje jednak demoniczny szczudlarz-cwaniaczek (który poznał tajemnicę krzesła ) oraz ciotka, która jednakże dość łatwo zostaje spacyfikowana za pomocą jednego, prostego życzenia….

Jak pisałam na początku – i wcale nie jestem w tym oryginalna- jest to w najlepszym znaczeniu tego słowa,  film typowo dla dzieci. Maleszka nie przemyca do swojej opowieści niczego, czego kilkulatek by nie zrozumiał, nie odczuł. Efekty specjalne są oczywiście obecne, natomiast funkcjonują w dziwnie „przezroczysty” sposób, tak, że budują atmosferę cudowności, nie istnieją dla siebie samych. Dzieci podczas projekcji „Magicznego Drzewa” pokrzykują, nawołują, płaczą i się śmieją. Głośno. Natomiast widz dorosły reaguje trochę inaczej. Nawet dorośli, profesjonalni aktorzy grają w filmie inaczej. Jakby gorzej. Nieprzekonująco, mdło – w przeciwieństwie do dziecięcych amatorów. Zastanawiałam się dlaczego.  Chyra i Grochowska to przecież nie Mroczek ani Cichopek, a grają nijak. Myślę, że „winny” jest temu scenariusz, dostosowany do odczuć i wyobrażeń dziecka. Dlatego trudno winić dwoje doświadczonych, niezłych aktorów, że nie potrafili wydobyć wiele z nieprzekonujących, słabo zarysowanych postaci scenariusza. Bezwolna matka trojga dzieci, bojąca się własnej siostry jak złego ducha, bierny ojciec – niespecjalnie to przekonujące. I do tego to zapomnienie o dzieciach pod wpływem czarów, obojętność, nawet wrogość. Jako widz dorosły i Matka Polka potwierdzam  – nie istnieje na świecie taka magia, która sprawiłaby, że przestałabym kochać swoje dziecko. Howgh.

Reklamy

Piękny zwiastun:

KLIK KLIK

i piękny plakat:

wild things

Czy komuś jeszcze kojarzy się z „Mostem do Terabithii„?

(data polskiej premiery 27.11.2009)

wunschpunsch
 
„To jest historia pewnej wiedźmy i maga,
Tysiąca czarów które wywar wspomaga,
Zaklęcia moc zaraz zamieni miasto,
W Chaos i Zamęt, i już cały świat to:
Wunschpunsch!
Czarna magia, dziwna magia w tym wywarze!
(Wunschpunsch!)
Czarną magię, dziwną magię wam pokażę!
(Wunschpunsch!)”
 
Tak brzmi tekst czołówki serialu.  Dodam jeszcze, że jest to również  historia kota i kruka, wysłanników ( lub szpiegów po prostu) Wysokiej Rady Zwierząt, których zadaniem jest udaremnić  każdorazowo złowrogie zamiary tandemu czarodziejów – nieudaczników. Serial „Wunschpunch” to dość swobodne nawiązanie do książki bardzo popularnego w Niemczech współczesnego pisarza Michaela Ende, autora m. in. „Niekończącej się opowieści” czy „Momo„. Nie jest to adaptacja sensu stricto, nazwałabym ją raczej „sequelem” powieści. Akcję książki, w formie retrospekcji, odzwierciedla jedynie ostatni odcinek pierwszej serii, pt. „Noc życzeń”.
Wiedźma Tyrania i jej siostrzeniec Zarazek ( w oryginale noszący imię Belzebuba Świrusa) to para czarodziejów, nieustannie prześladowana przez Złowrogusa Robala, wysłannika piekielnych otchłani, stale domagającego się nowych, złowieszczych zaklęć, mających sprowadzić na miasto wieczną katastrofę. Tyrania i Zarazek, dzięki posiadanemu na spółkę czarodziejskiemu rękopisowi, sa w stanie przygotować eliksir życzeń (tytułowy wunschpunsch). Wyczarowane w ten sposób okropieństwa mają szansę utrwalić się i na zawsze pogrążyć miasto w chaosie – wymagane jest jednak, by czar trwał nie krócej niż 7 godzin. Jeśli ktoś odwróci zaklęcie przed upływem tego czasu, caly zamierzony efekt  diabli, nomen omen, biorą. Nie trzeba chyba dodawać, że za każdym razem, przy wsparciu mówiącej zagadkami żółwicy Noe, zaklęcie zostaje powstrzymane w ostatniej chwili dzięki wallenrodowskiej postawie Jakuba i Maurycego ;-)
Serial „Wunschpunsch” nie dorównuje oczywiście literackiemu pierwowzorowi, zaś animacja jest moim zdaniem dość toporna.  Niemniej, to przyzwoicie zrobiona, intrygująca fabularnie i dość oryginalna propozycja dla starszych przedszkolaków (choć jednostki nerwowe i bojażliwe powinny chwilowo odłożyć oglądanie na późniejsze czasy) i wyżej. Dynamiczny opening i energetyczna piosenka  powinna przysporzyc serialowi fanów także wśród widzów dorosłych.

 

life_with_louie

Są takie kreskówki, po których człowiek niewiele się spodziewa. Tak było z Ludwiczkiem. Pomyślałam sobie – kolejny rozpaskudzony bachor  w rodzaju Johnny’ego Testa. Niniejszym przepraszam za swoją ignorancję, bo Świat według Ludwiczka (Life with Louie) jest chyba jedną z najbardziej wartościowych propozycji, jakie w tej chwili oferuje dzieciom  TV.  Ta opowieść o otyłym, raczej ponurym i zgryźliwym chłopcu (mówiącym nosowym, rozlazłym głosem Januarego Brunova – rewelacja!) osadzona w latach sześćdziesiątych to coś w rodzaju Cudownych lat – retrospektywna historia dzieciństwa opowiedziana z humorem, ciepłem i nostalgią przez znanego amerykańskiego komika Louiego Andersona.

louie

Ludwiczek dorasta w tradycyjnej, wielodzietnej rodzinie w Wisconsin. Ojciec, Andy Anderson,  to weteran II Wojny Światowej, neurotyk, mitoman i pechowiec  z poczuciem wiecznego niedocenienia. Matka, Ora Anderson, to gospodyni domowa, uosobienie spokoju, słodyczy i zdrowego rozsądku. Te skromne historyjki z codziennego życia ośmiolatka to nic innego jak celebracja codzienności: opowieść o Dniu Matki, o chęci posiadania psa, czy grze w szkolnym przedstawieniu. A jednocześnie to jedne z najcieplejszych ( a przy tym uczciwych w braku przesadnej idealizacji) opowieści o dzieciństwie i o dojrzewaniu. O kompleksach (Andy jest gruby i wstydzi się grać bez koszulki na treningach koszykówki), o pierwszych rozterkach damsko-męskich (pocałunek w szkolnej sztuce), o smutku rozstania z wychowanym przez siebie psem, o śmierci najbliższych osób wreszcie. A ponieważ całość jest tworzona przez zawodowego komika, obserwacje dotyczące życia szkolnego i rodzinnego są celne, trafne i zabawne. I pełne dystansu i autoironii – kreskówkowy Ludwiczek, postać, mówiąc oględnie, wizualnie niepiękna, rzeczywiście  przypomina dzisiejszy wizerunek dorosłego Louiego Andersona.

Warto dodać, że serial dwukrotnie (w roku 1997 i 1998 roku) otrzymał nagrodę Emmy oraz wyróżnienie Humanitas Prize (1998).

Obecnie serial można ogladać na kanale Jetix Play i/albo kupić na DVD (widziałam w Empiku).

Odwiedziliśmy dziś, w ramach serii wycieczek regionalnych, miasto Elbląg. W Muzeum Archeologiczno-Historycznym (bardzo ciekawa wystawa dotycząca Gotów oraz wczesnośredniowiecznej osady Truso, łącznie ze zrekonstruowaną chatą wikińską, polecam) zobaczyliśmy takie plakaty:

plakat     plakat2

Elbląskie kino Światowid od kilku lat organizuje festiwal Dziecięce Oskary (link w odnośnikach bloga) i jak widać, na nim nie poprzestaje. Kto chętny i kto ma czas i możliwość, zachęcam do obejrzenia. Bilety w cenie więcej niż korzystnej, do tego konkurs plastyczny. Więcej znajdziecie tutaj.

Miało być w lutym tego roku, potem w lipcu, obecnie aktualna i ostatnia, miejmy nadzieję, wersja podaje, że premiera filmu kinowego „Magiczne Drzewo” (scenariusz i reżyseria Andrzej Maleszka) przewidywana jest na 18 września 2009. Taka data jest i na Stopklatce, i na Filmwebie, zwiastun trafił już do kin, więc chyba będzie dobrze. Nie wiem, czy Disney kupił w końcu prawa do filmu czy też nie, ale dla widzów ta informacja nie ma chyba większego znaczenia. Na stronie TVP mozna zobaczyć zapowiedź filmu – jak zwykle świetne dziecięce aktorstwo, pogodna i swojska muzyka Krzesimira Dębskiego no i kolejny magiczny gadżet, tutaj tym razem, po kostce, sankach, kredce, chodakach czy szafce kuchennej, mamy czerwone krzesło, spiritus movens całej  filmowej przygody. Oby była udana. Czekam z niecierpliwością.

 magdrzewo

Magiczne drzewo – kadr z filmu

kot w butachPrawdziwa historia kota w butach (La veritable histoire de Chat Botte), reż. Jerome Deschamps, 2009

To wcale nie jest aż tak złe, jak o tym piszą. To prawda, są mielizny scenariuszowe, całość jest dziwaczna i chwilami nużąca. Niemniej mam obawy, że najbardziej temu filmowi zaszkodziło przedobrzone polskie tłumaczenie i dialogi pełne topornych, wtłaczanych na siłę odniesień do polskiej popkultury – „Tańca z gwiazdami”, Dody, braci Mroczków, a nawet – czyżby mnie słuch mylił? – najbardziej kontrowersyjnej polskiej aktorki ostatnich miesięcy, czyli Anny Cugier-Kotki. Kilka tego rodzaju żartów byłoby OK, natomiast zbombardowanie tej krótkiej, siedemdziesięciominutowej animacji goniącymi jeden za drugim nibyzabawnymi pseudodowcipami jest niczym innym jak trywialnym i leniwym pójściem po linii najmniejszego oporu ( i co najgorsze, zupełnie niecelnym,  jako że małoletnia widownia zupełnie  nie chwyta tych „pudelkowych” rewelacji). A szkoda, bo oryginalny materiał wydaje się być nie najgorszy. Animacja jest niewątpliwie udana i nowoczesna, scenografia rewelacyjna (szczególnie konstrukcja wiatraka oraz dizajnerskie wnętrze zamku ogra), kupleciki śpiewane przez Marię Peszek i Borysa Szyca niczego sobie, zaś całość niewątpliwie oryginalna.

Nie mogę też nie wspomnieć o tym, że ta lekko groteskowa adaptacja baśni Charlesa Perraulta ogromnie podobała się mojemu dziecku. I choć nie podzielam jego żywiołowej fascynacji awangardową postacią Kota ( wizja postaci ewidentnie zerżnięta z fenomenalnej kreacji Johnny’ego Deppa jako Jacka Sparrowa), to chcąc nie chcąc muszę zaliczyć uznanie mojego syna na poczet plusów tej animacji. W końcu i on jest tu recenzentem, no nie?

lucy1

Kto z nas, będąc dzieckiem, nie odwlekał momentu pójścia spać? Nie szukał pretekstu, by jeszcze posiedzieć z rodzicami, pobawić się, by wreszcie – gdy już zmusili do nałożenia piżamy i wślizgnięcia się pod kołdrę – pomarzyć o dalekich podróżach, tajemniczych przygodach, zaskakujących niepodziankach zamiast nudnego snu?  Lucy, dziewczynka mieszkająca w sąsiedztwie ogrodu zoologicznego, jest zatem niewątpliwą szczęściarą. Co wieczór, już w piżamie, zanim jeszcze sen ją zmorzy, zsuwa się z okna swojej sypialni po dłuuugiej szyi żyrafy Georginy wprost do pogrążonego w miłym zmroku ogrodu swoich zwierzęcych przyjaciół. Wybiera się tam właściwie na krótką pogawędkę, przechodzacą zazwyczaj płynnie w spokojną opowieść, snutą za każdym razem przez inne zwierzątko. Nie są to zapierające dech w piersiach przygody, ot, na przykład historyjka o wspólnym zrywaniu jednego dojrzałego, wielkiego owocu z drzewa, co okazuje się dużo bardziej skomplikowane, niż można by się spodziewać.

Opowieść koi, uspokaja, usypia – Lucy, która słucha jej wygodnie umoszczona na kolanach niedźwiedzia czy grzbiecie słonia, pod koniec już praktycznie odpływa. Georgina odkłada ją, pogrążoną w słodkim śnie, do łóżka. 

Bardzo dobra propozycja na dobranoc. Jest pełna spokoju, ciepła, wyciszenia.

Osobiście bardzo lubię czołówkę tej animacji i melodyjną piosenkę przewodnią:

 

luna 

 

 

 

 

 

 

 

Harry Potter i Książę Półkrwi (Harry Potter and the Half-Blood Prince), reż David Yates, 2009

Niezła, naprawdę niezła ekranizacja szóstego tomu cyklu J. K. Rowling. Dojrzała i przemyślana, z bohaterami, którzy nie są już dziećmi: Harry (Daniel Radcliffe) co prawda ciągle wygląda trochę chłopczykowato, ale Ron (Rupert Grint) czy Draco Malfoy (Tom Felton) już wcale nie –  i obaj mają duże szanse wypchnięcia Roberta Pattinsona czy lazurowookiego Zaca Efrona z nastoletnich serc dziewczęcej widowni.

Mam na myśli nie tylko fizyczną dojrzałość. Harry, po starciu w Departamencie Tajemnic, poznał już swoje przeznaczenie, Draco, sterroryzowany przez Voldemorta, pozbawiony wpływowego ojca, za którego plecy może się schować, ma do wykonania okrutne, przerastające go zadanie. Ron  i Hermiona natomiast prezentują nam zabawną, niepozbawioną ciepła, pełną łez, tęsknoty, zazdrości i wybuchów furii erotyczną grę uczuć. Tym samym film precyzyjnie trafia w określony target, czyli do mentalności i emocji nastoletniej widowni. Nie dziwię się przy tym uznaniu, jakim niespodziewanie obdarzył ten film Watykan: erotyczne relacje i fascynacje ukazane są bowiem w świetle wyjątkowo niewinnym, subtelnym i czystym. Dowód na to, że nie trzeba pokazywać tarzających się po ziemi kochanków, wpijających się sobie nawzajem w usta, by rozpalić wyobraźnię i emocje tej części widowni….

Oczywiście, szósty rok nauki w Hogwarcie nie tylko romansami stoi. Draconowi one w ogóle nie w głowie, bo chłopak niemal nic innego nie robi, jak próbuje wykonać zadanie, które powierzył mu Czarny Pan (brawo dla scenarzysty, który młodemu Malfoyowi poświęcił sporo miejsca, pokazując jego głęboką samotność, zwierzęcy strach i wyobcowanie). Harry (w chwilach, gdy nie marzy o Ginny Weasley), wspólnie z Dumbledorem okrywa przeszłość Voldemorta, szczególną uwagę przykładając do tajemniczo zdobytej kiedyś przez najsłynniejszego Ślizgona  wiedzy na temat zlowieszczych horkruksów.

Atutem potterowych ekranizacji było i jest znakomite aktorstwo – udział Maggie Smith, Alana Rickmana, Emmy Thompson, Kennetha Branagha, Ralpha Fiennesa, Helen Bonham-Carter i innych gwarantował doskonałe, świetnie zagrane widowisko. Nie inaczej jest i w „Księciu Półkrwi” – Rickman w roli Snape’a jest jak zwykle fenomenalny, Tom Felton dojrzały i przekonujący, Rupert Grint wreszcie nie robi idiotycznych min głupawego wesołka, zaś Evanna Lynch ze swoim omdlewającym glosem i błędnym wzrokiem jest najlepszą Luną, jaką mogłam sobie wyobrazić ( a mogłam, bo samotna i zbzikowana, a przy tym dziwnie pogodna Luna jest moją ulubioną postacią całego cyklu).

Na tym pięknym i umiejętnie tkanym filmowym gobelinie znajdą się również, niestety, supły i dziury: największą z nich i zupełnie niezrozumiałą jest scena ataku śmierciożerców na Norę, chaotyczna i bezsensowna sekwencja, z której nic zupełnie dla filmu nie wynika. Tych kilka minut spokojnie można było poświęcić choćby na pominięty zupełnie wątek Meropy, matki Toma Riddle’a. Drugi zgrzyt to  kreacja Ginny: postać grana przez śliczną i fizycznie pasującą do roli Weasleyówny Bonnie Wright jest dziwnie mdła i rozlazła – a scena z zawiązywaniem butów Harry’emu przyprawiła mnie o opad szczęki i wewnętrzne what the fuck?. Książkowa Ginny nie jest przecież łagodnym, usłużnym dziewczęciem –  rzuca upiorogacki, świetnie gra w quidditcha i chodzi na randki, z kim chce.

Nie mam natomiast za złe scenarzyście, że „wyciął” ważną w powieści scenę pogrzebu Dumbledore’a. Po pierwsze, moment, gdy wszyscy podnoszą w górę oświetlone różdżki, przeganiając w ten sposób mrok i zło, jest piękny i przejmujący. Po drugie, scena na wieży Hogwartu, gdy trójka przyjaciół patrzy na ukochane zamkowe mury i błonia, zdając sobie sprawę, że po wakacjach już do nich nie wróci jest znaczącym, symbolicznym znakiem „końca niewinności”. Hogwart jaki znamy, już nie istnieje, wraz z odejściem Dumbledore’a przestaje być opoką, schronieniem, przystanią. Harry de facto staje się bezdomny. I moment, w którym bodaj Hermiona mówi, patrząc na jezioro „Nigdy nie zdawałam sobie sprawy, jak tu jest pięknie” jest najlepszym dowodem zarówno utraty dzieciństwa, jak i rozpoczętego właśnie okresu tułaczki i bezdomności. Kto czytał ostatni tom cyklu, ten wie.

 

W sobotę we Wrocławiu startuje festiwal Era Nowe Horyzonty. W programie przewidziano także spory blok pokazów filmowych dla dzieci, połączonych z warsztatami oraz dyskusjami dla najmłodszych kinomanów, W tym roku dzieci będą mogły obejrzeć spory wycinek wspołczesnej kinematografii skandynawskiej.

Szczegółowy program bloku filmów dla dzieci dostępny m. in. TUTAJ

DZIECIAKI_Z_SASIEDZTWA

W sierpniu bedzie można natomiast zobaczyć, oprócz oczywiście innych filmów, także adaptację bardzo w polsce popularnych, wydawanych przez wydawnictwo „Zakamarki” opowieści o Pettsonie i kocie Findusie.