You are currently browsing the monthly archive for Marzec 2009.

 

Młodzi Tytani (Teen Titans), 2003

No dobrze. Skłamałabym mówiąc, że historie o walecznych nastolatkach, kręcone w stylu japońskich kreskówek to coś, co tygrysy lubią najbardziej. Otóż nie – wszelkich bakuganów i shaolin showdownów szczerze nie znoszę i unikam jak mogę. Dlatego sama się dziwię przyjemności, z którą oglądam potyczki Młodych Tytanów, piątki dziwadeł, z jeszcze dziwniejszymi indywiduami jak Lalkarz, Popielarz, Modniś czy Trygon. Czy to zasługa świetnej, dynamicznej czołówki z tandetną, przyznajmy, ale chwytliwą piosenką śpiewaną przez japońskie nastolatki raz po angielsku, a raz w ich ojczystym języku? Albo, może powodem mojej niezrozumiałej fascynacji (oprócz oczywistego wniosku o postępującym starczym zdziecinnieniu) jest dość łopatologicznie lansowane przesłanie o przyjaźni ponad podziałami? No może już bardziej – piątka tytułowych tytanów to zbieranina wszelkiej maści odmieńców dzielących wspólne lokum, wieżę w kształcie litery T i zmuszonych, oprócz codziennej walki ze strasznymi mocami, także do banalnego radzenia sobie z rzeczywistością, jak przygotowanie śniadania, czy szukanie pilota od telewizora. A  teoretycznie powinni być niekompatybilni: mroczna i sarkastyczna Raven, naiwna i slodka Gwiazdka, zdyscyplinowany i precyzyjny jak mechanizm Cyborg – półczłowiek, półmaszyna, nieobliczalny Bestia – brzydki zielony ludek zdolny jednak w ułamku sekund zmienić się w rekina, tygrysa czy inne skrajnie niebezpieczne zwierzę i wreszcie Robin, stale ukryty za maską i ślicznie uszytym kostiumikiem szef całej ekipy. A jednak się dogadują, współpracują i to mnie jakoś naiwnie podbudowuje, całkiem  jak widok naszego Premiera oraz Prezydenta na ostatnim unijnym szczycie, Panów, którzy jeszcze niedawno wyrywali sobie z rączek  rządowe samoloty, a spod pup wyciągali konferencyjne krzesełka, a teraz proszę, klepią się przyjażnie po plecach i szepczą wzajem do ucha luzackie, zgoła niedyplomatyczne uwagi. A więc jest jeszcze nadzieja na świecie.

Tak naprawdę jednak szala mojej sympatii dla tego serialu (podobno to absolutnie niewierny oryginalowi pastisz pewnego komiksu – jako żem nie komiksiara, powtarzam tylko pokornie za Wikipedią) przechyliła się w oglądanym wtedy przypadkowo na CN , tuż po kultowym dla mojego dziecka Scoobym-Doo, odcinku pt. TROQ, nie opowiadającym o niczym innym, jak o uprzedzeniach rasowych – tutaj względem Gwiazdki, pochodzącej z planety Tamaran.  Przenosząc to na rzeczywiste realia – względem Żydówki, Romki? Jeden z epizodycznych bohaterów nazywa ją przez cały odcinek „Trokiem” i jego lekceważenie i pogarda w stosunku do osoby, której osobistej wartości  nie zna, staje się w pewnym momencie ważniejsze od samej, dynamicznej przecież, akcji. Kiedy sprawa zaczyna się zaogniać, jeden z Tytanów pyta Gwiazdkę o sens tego przezwiska:

 – Trok? Mówiłaś, że to nic nie znaczy?

 – Bo to właśnie nic nie znaczy. Kiedy mnie tak nazywa, czuje, że nic nie znaczę.

(przepraszam, cytuję z pamięci)

Wydaje mi się, że trudno byłoby we współczesnej kulturze tak bardzo masowej znaleźć równie trafny i dobitny przykład szkodliwej i krzywdzącej deprecjacji kogoś ze względu rasę, kolor skóry, pochodzenie…że przylepienie nieszkodliwej na pozór etykietki może komuś podcinać skrzydła. I nie tylko.

Seriali dla nastolatków jest obecnie sporo. Przyznam, że jeśli moje dziecko miałoby w przyszlości sięgać po taką ofertę, wolałabym, by wybrało coś w rodzaju MT niż np. niekontrowersyjne acz doskonale bezbarwne produkty z serii High School Musical, Hannah Montana, czy Cheetah Girls. Gdzie nikt nikogo nie bije i nie  strzela zielonymi promieniami, a jednocześnie nie uświadczysz tam nawet cienia dojrzałej refleksji.

 

Serial jest obecnie emitowany w Cartoon Network codziennie o 20.15, w dni powszednie także o 09.05

 

Reklamy

 

Tomek i Tunia (Telmo and Tula), 2006, Motions Pictures/Anera Films

Jacek wydłubał dziś tę płytę (dołączoną do magazynu „Dziecko” chyba w grudniu ubiegłego roku) ze stosu DVD i obejrzał w całości. Nie po raz pierwszy zresztą, w okolicach Bożego Narodzenia niemal się od niej uzależnił :).

 

Wybór dziecięcych programów o gotowaniu jest dość spory, moim ( i Jacka ) ulubionym był na przykład  „Kucharz duży, kucharz mały” wyświetlany swego czasu na kanale Cbeebies.  „Tomek i Tunia” ( w oryginale „Telmo and Tula”), mało znana w Polsce hiszpańska kreskówka, pewnie bardziej sposoba się dzieciom, niż dorosłym. Przepisy są proste, łatwe do wykonania nawet przy współudziale średnio utalentowanych kulinarnie rodziców, zaś akcja i dialogi poprowadzone są żywo i zabawnie. Jacka na przykład ogromnie śmieszyło roztrzepanie i absurdalne konsekwencje pomyłek Tomka. Moją uwagę przykuł głównie nietypowy projekt plastyczny i scenografia tej animacji: dwoje małych kucharzy ma przepastne, nienaturalnie rozszerzone (jak po atropinie) źrenice, kuchnia, w której przygotowują swoje dania, jest uroczo staroświecka, z oldskulowym kredensem i lodówką w stylu retro, zaś całość przypomina książeczkę z rozkładanymi obrazkami: postacie są ostentacyjnie dwuwymiarowe – gdy  Tomek lub Tunia (lub ich tajemniczo milczący dziadek) odwrócą się bokiem do ekranu, widać, że są płascy jak naleśnik, przypominają papierowe wycinanki. Nawet fajne i pomysłowe te ograniczenie formy.

 

Dodatkową ciekawą rzeczą jest związana z tą kreskówką bogata strona internetowa www.telmoandtula.com, gdzie nie tylko można odnaleźć przepisy na dania, które nas zainteresowały, lecz również zalogować się i dodać swoje. Ustaliliśmy z Młodym, że w najbliższym czasie zrobimy sobie pizzę z mozzarellą i bazylią. Mniam.

 

Koralina, reż Henry Selick, 2009

„Koralina” (wybaczcie ale będę unikać uparcie lansowanego w wersji polskiej tytułu „Koralina i tajemnicze drzwi”, nieudolnej kalki tytułów z serii „Harry Potter i …”) to adaptacja bestsellerowej powieści Neila Gaimana o tym samym tytule. Książki w mojej opinii przyzwoitej lecz niekoniecznie rewelacyjnej. Książki, którą film ewidentnie przyćmił. Nie znam wielu takich przypadków, kiedy adaptacja jest lepsza od literackiego oryginału (jednym z przykładów, które pamiętam jest chociażby poruszający  „Trzeci cud” Agnieszki Holland oparty na bardzo miernej powieści Richarda Vetere). A tutaj ekranizacja nie tylko opowiada, ilustruje książkę, co więcej, ona ją w twórczy i doskonale intuicyjny sposób rozwija i dopowiada.

Historia Koraliny, dziewczynki o dziwnym imieniu, które ludzie często przekręcają, nazywając ją pospolicie Karoliną zaczyna się w momencie  przeprowadzki z rodzicami do starego, dość zaniedbanego domu, zamieszkiwanego jedynie przez kilkoro dziwacznych sąsiadów: pana Bobinskiego, starca tresującego cyrkowe myszy oraz przez pannę Spink i pannę Forcible, emerytowane szansonistki. Brzmi ciekawie? Dla Koraliny niekoniecznie. Nie ma tu znajomych, wakacje się kończą, a rodzice, zajęci intensywną pracą nie mają dla niej czasu.  Dziewczynka z nudów przeczesuje dom w nadziei odkrycia czegoś ciekawego. Wkrótce rzeczywiście natrafi na coś interesującego: tajemnicze drzwiczki prowadzące do innego wymiaru, bliźniaczego świata, gdzie  jej matka zamiast stukać w laptop i odganiać ją od siebie gotuje dziewczynce pyszne, pachnące posiłki i zawsze znajduje dla niej czas, a ojciec, miast  ślęczeć nad komputerem w pracowni, gra na fortepianie piosenki napisane specjalnie dla Koraliny i uprawia piękny, pełen cudów ogród. Ta idylla  wkrótce okaże się jednak śmiertelną pułapką, z której Koralina będzie musiała wydostać nie tylko siebie….

W większości recenzji, które przeczytałam, krytycy przestrzegają przed zabieraniem na ten film mniejszych dzieci. Zgadzam się z tym ostrzeżeniem, choć wcale nie dlatego, że obraz taki straszny – dziecięce lęki zwykle dotyczą wcale nie tego, co my, dorośli, jesteśmy skłonni uznać za przerażające, natomiast bardzo często owijają się wokół spraw codziennych, dla nas zwyczajnych i zupełnie niegroźnych – odradzam zabieranie na „Koralinę” przedszkolaków  głównie dlatego, że to film zbyt skomplikowany, ze specyficzną narracją i jeszcze „specyficzniejszą” estetyką: to raczej animacja w stylu „Tria z Belleville” niż „Króla Lwa”. Jest perfekcyjna, olśniewająca lecz kanciasta i mroczna, dziecięcio- czy jedenastolatek to doceni, pięciolatek raczej nie. Swoją drogą, ostentacyjne porównywanie „Koraliny” z animacjami disneyowskimi na zdecydowaną niekorzyść tych drugich jest niepotrzebne: Disney, pomimo pewnej schematyczności i sztampowości swoich produkcji jest i pozostanie zasłużonym twórcą absolutnego kanonu filmowej produkcji dla dzieci, którego nie ma sensu moim zdaniem kontestować. O samej animacji poklatkowej i zaawansowanym morfingu, które zostały tu zastosowane, powiedziano już bardzo dużo, ja zaś chciałabym zwrócić uwagę na rewelacyjną, niepokojącą muzykę Bruno Coulais, kompozytora, którzy napisał ścieżkę dźwiękową do „Makrokosmosu”. Muzyki z tego filmu potrafiłam słuchać kiedyś godzinami…

Twórcom adaptacji powieści Gaimana ogromnie powiodła się jeszcze jedna rzecz,  zwykle  mocno ryzykowna, a mianowicie  modyfikacja literackiego oryginału: wprowadzanie w filmie nowych wydarzeń, obrazów, postaci. Zwykle powoduje to moją irytację, bo w większości takich przypadków, oprócz prawdopodobnej satysfakcji scenarzysty zadowolonego z własnej pomysłowości, film niewiele zyskiwał. Tutaj jest inaczej, nowe postacie, jak Wybie i jego babcia są doskonale wprowadzone w „gotowy” świat powieści Gaimana, odnajdują się w nim do tego stopnia, że aż dziw bierze, że ich w oryginale nie było. Dowodzi to naprawdę niesamowitej intuicji twórców filmu, która pozwala umiejętnie i z wyczuciem rozwijać nawet ledwie rozpoczęte wątki. Przyznam, że po raz pierwszy zdarza mi się mieć po projekcji kinowej poczucie, że literacki pierwowzór jest jedynie wersją roboczą i szkicem do prawdziwego i pełnego projektu, jakim jest film. Brawo.