You are currently browsing the monthly archive for Kwiecień 2009.

7114061_2 Artur i Minimki (Arthur et les Minimoys), reż, Luc Besson, 2006

Przyznam się, że z Luc’em Bessonem mam od jakiegoś czasu kłopot. No bo, dzięki jego starym filmom jak „Subway” czy „Wielki Błękit”, noszę w sobie przekonanie, że Besson wielkim reżyserem jest. Potem od „Piątego elementu” począwszy a skończywszy na „Angeli” wrażenie to blaknie i rozmywa się. I nawet nie to, że te filmy jakoś bardzo złe są. Nie. Są niezłe formalnie i nawet przyjemnie się je ogląda (choć w pamięci, mojej przynajmniej, pozostaje głównie Milla Jovovich w skąpym stroju zmontowanym z pomarańczowych pasków czy ujęcia czarno-białego Paryża w „Angeli”). A jednak „nie zachwycają”, nie uwodzą, nie każą o sobie mysleć jeszcze wiele godzin, dni, tygodni po projekcji.

Podobne wrażenie mam przy „Arturze i Minimkach”. No bo pierwsze, trudno nie docenić zaangażowania i odwagi Bessona przy realizacji tego projektu (wiele lat pracy, kupa kasy, ryzyko formalne etc.). Po drugie – gwiazdorska obsada: Mia Farrow, Freddie Highmore, dyżurna twarz współczesnego dziecięcego kina ( „Charlie i fabryka czekolady”, „Pięcioro dzieci i coś, „Kroniki Spiderwick”), Madonna, Snoop Dogg czy David Bowie. Po trzecie – przyzwoita animacja, naprawdę dobrze zestawiona i przenikająca się z częścią fabularną filmu. Po czwarte w końcu: legendarna francuska lekkość, filuterność, ironia i wdzięk. Wszystko fajnie, tyle, że składa się to razem w całość niestety przewidywalną i dość nużącą.

Sama historyjka jest raczej banalna: dziesięcioletni Artur (Freddie Highmore) mieszka w Connecticut ze swoją babcią (Mia Farrow) w dużym, pięknym domu z ogrodem. Jest środek lata i chłopiec właśnie obchodzi urodziny. Sielanka to jednak pozorna, bo rodzice Artura wyjechali gdzieś za chlebem, dziadunio Archibald był uprzejmy zaginąć bez wieści kilka lat przedtem, zostawiając rodzinie jedynie księgę pełną rysunków i wspomnień z Afryki oraz opowieści o ukrytym w ogrodzie mitycznym skarbie. Tak zdekompletowanej rodziny nie omijają poważne finansowe tarapaty, w wyniku których odpowiednie służby odłączają do uroczego domku dopływ prądu i sygnału telefonicznego. To make things worse, na dom i ziemię dybie paskudny deweloper, który chatynkę chce zburzyć i zaorać i na tym terenie postawić ordynarne betonowe bloki. Artur ma tylko 48 godzin, by powstrzymać wrednego przedsiębiorcę, odnaleźć zakopane w ogrodzie rubiny i ocalić dom i rodzinę przed zgoła niewesołym losem. W tym celu musi najpierw przeniknąć do mikroskopijnego świata tytułowych Minimków…

Nie trzeba być wielkim kinomanem, by podczas wędrówki Artura po krainie Minimków (a de facto wśród traw własnego ogrodu) odnaleźć tony literackich oraz filmowych inspiracji i zapożyczeń: przyuważymy tu m. in kalki z opowieści o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu, nawiązania do filmów „Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki”, „Wodne dzieci”, „Władca pierścieni”, „Gwiezdne wojny” czy „Harry Potter” (Maltazard, główny szwarccharakter, łączy w sobie cechy Saurona, Dartha Vadera oraz Voldemorta). Zapożyczenia te są mało subtelne, raczej bezpośrednie i jak dla mnie, dość irytujące.

Paradoksalnie, tym co  w mojej opinii  ratuje ten film, jest oryginalność i pewna odwaga w konstruowaniu alternatywnego świata. Film jest ewidentnie adresowany do dzieci, widz dorosły nie znajdzie tam dla siebie specjalnie dużo, a jednak świat Minimków daleki jest od baśniowego stereotypu. Księżniczka Selenia nie jest mdłą długowłosą dzieweczką na wysokiej wieży, lecz ponętną panienką z krągłym tyłeczkiem i dojrzałym, niepokojącym glosem Joanny Brodzik. Dziesięcioletni Artur przechodzi w ciągu kilkudziesięciu godzin chyba jakieś hiperekspresowe dojrzewanie psychiczne i seksualne, całując się namiętnie z księżniczką ze dwa jak nie trzy razy, a na końcu zawierając z nią związek małżeński. Pisałam „paradoksalnie” bo ten akurat wątek żeniaczki dziesięciolatka wywołał wśród widzów niejaką konsternację.  Warto także wspomnieć o dekadenckiej, zadymionej knajpie Maxa, gdzie słucha się starych winyli i leniwie popija zielonkawy wyskokowy napój (absynt?). Jestem przekonana, że w Polsce nakręcenie takiego filmu spotkałoby się z oporem, bo u nas dominuje przekonanie, że dobra bajka (fatalne słowo, BTW) to taka bez erotyki i, o matko bosko, bez przemocy. A że już mierna ona na przykład czy durna, o to mniejsza.

P.S. jeszcze w tym roku planowana jest premiera drugiej części historii Artura i Minimków, nosząca tytuł „Artur i zemsta Maltazarda”. Coś mi się widzi, że na skonsumowanie związku Selenia i Artur będą musieli jeszcze trochę poczekać…

 

Reklamy

reanimacja-2009-plakat 

 

 

 

 

 

 

 

W ten piątek rusza w Łodzi 6 Międzynarodowy Festiwal Animacji ReAnimacja. Oprócz pokazów konkursowych w programie imprezy znajdą się również osobne bloki tematyczne, takie jak np. przegląd animacji nagrodzonych Oscarem bądź nominowanych do tej nagrody (tutaj „Piotruś i wilk” czy francuska hiperkrótkometrażówka „Oktapodi”) lub cykl „Powiew z fiordów” czyli najlepsza animacja norweska wg Norwegian Film Institute.

Jeśli chodzi o ofertę dla dzieci, to animacje przeznaczone dla najmłodszych obejrzeć można przede wszystkim w ramach bloku „Polki animują” czyli historii polskiej animacji wg kobiet. Pokazane zostaną m. in. filmy Anny Maliszewskiej „Ostatnie zero” i  „Przygoda w paski”, Łucji Mróz-Raynoch „Nielotek” czy Jackowy number one, to jest „Piesek w kratkę” Zofii Ołdak. Większość tych animacji znamy z Jackiem doskonale  z trzypłytowego wydania „Historii polskiej animacji dla dzieci” ( o którym wkrótce sprężymy się i napiszemy). Warte uwagi są też 2 nowsze filmy: „Radostki” M. Osińskiej i „Len” Joanny Jasińskiej.

Więcej informacji nt. bogatego programu festiwalu znajdziecie na www.reanimacjafestival.com

 

Korci mnie. Strasznie mnie korci. Choć wiem, że nie dość, że drastycznie zawyżyłabym średnią wieku na widowni, to jeszcze musiałabym powstrzymywać dreszcze odrazy i  jęki niesmaku – stężenie różu i plastiku na cm2 przekracza wielokrotnie dopuszczalne w moim systemie estetycznym normy.

Zdam się więc na Waszą opinię, drodzy Czytelnicy. A zatem – iść na „Hannę Montanę” i pyknąć tu recenzyjkę, czy też nie?

 

„Dzielny Despero” („The Tale of Despereaux”), reż. S. Fell, R.Stevenhagen, 2008

Nie było tak źle, jak by się można po zwiastunie spodziewać:) Najbardziej mroczne i groteskowe sceny z ponurej książki Kate di Camillo zostały co prawda wycięte i zastąpione wielokrotnie powtarzanymi i  dość nużącymi deklaracjami tytułowego bohatera na temat godności, honoru, odwagi i kodeksu rycerskiego, lecz sedno historii i jej przesłanie zostało naruszone w bardzo niewielkim stopniu.

I dobrze, bo to właśnie opowieść jest najmocniejszą stroną tego filmu. Nie projekt plastyczny (udany jeśli chodzi o portret szczura Roscuro, postać Miggery Sow czy „warzywnego” kucharza  lecz zdecydowanie przesłodzony w tworzeniu obrazu  uroczych mysich pyszczków) a właśnie historia jest powodem, dla którego warto spędzić z dzieckiem te 1,5 godziny w kinie.

I bynajmniej nie Despero, rycerska mysz z gigantycznymi uszami jest najważniejszym bohaterem tej filmowej opowieści. Pamiętacie Ryczypiska z „Opowieści z Narnii”? No więc Despero jest momentami nawet bardziej wkurzający od tamtego walecznego gryzonia, w jeszcze większym stopniu jednowymiarowy i nudny z tym swoim „jestem dżentelmenem i mam misję”.

Postacią najważniejszą i w powieści di Camillo, i w filmie S. Fella/R.Stevenhagena, jest Roscuro, szczur inny niż wszystkie (swoją drogą deprecjacja tych stworzeń jako istot tchórzliwych, odrażających i godnych pogardy nie podobała mi się ani w książce, ani w filmie). Bohater, którego marzenia i chęć przekroczenia granic własnego gatunku, zostały w wyniku pechowego zbiegu okoliczności zdławione i odrzucone. Serce, złamane i potłuczone zrasta się powoli i krzywo, zaś decyzja o wybaczeniu i odkupieniu okazuje się najtrudniejsza w życiu. 

Historia szczura i jego splątane doświadczenie skrzywdzenia, tęsknoty i zemsty może być dla przeciętnego kilkulatka niedostępne ( a jeśli nawet i dostępne, to nie-przemyślane, nie-nazwane) – w tej sytuacji doskonałym rozwiązaniem jest obecność narratora, którego głos w kluczowych momentach filmu wyjaśnia młodemu odbiorcy psychologiczne zawiłości i motywacje postępowania poszczególnych bohaterów. Dla dorosłych może to trochę łopatologiczne lecz dzieciom, myślę, wiele rozjaśnia i uczy empatii.

Na koniec słów kilka o symbolice „Dzielnego Despero”. Sam fakt, że film daje podstawy ku temu, by o tym mówić, cieszy. Bo chyba niewiele jest historii gorszych niż te płaskie, jednowymiarowe? Symbolem najistotniejszym jest tu zapewne zupa. Nie jej smak jest tutaj najistotniejszy :) Zupa, danie najprostsze i nieskończenie wyrafinowane jednocześnie to symbol nadziei, radości życia, potrzeby tworzenia. A także przebudzenia, odnowy, wolności i co tam jeszcze w garze aromatycznej polewki dostrzeżecie…Miłego wąchania :)

 

 

 O „Magicznym drzewie” pisałam w jednym z wpisów na moim poprzednim blogu. Niektóre inne filmy tego reżysera i scenarzysty będzie można obejrzeć w niedzielne popołudnie w TVP Kultura. Zobaczymy m. in. „Jakuba”, „Sto minut wakacji”, „Kociaka” oraz dwa odcinki „Magicznego drzewa”. Oprócz filmów, TVP Kultura wyemituje kilka bloków/wejść, gdzie o twórczości Maleszki dyskutować mają m. in. Izabella Cywińska i Wojciech Orliński. Zachęcam. Na pewno będziemy oglądać.

 

 

„Magiczne drzewo” – kadr z filmu

Fucking Amal, reż L.Moodysson, 1998

Według Brytyjskiego Instytutu Filmowego jest to jeden (obok m. in. E.T. czy Czarnoksiężnika z Krainy Oz) z pięćdziesięciu dzieł filmowych, które należy obejrzeć  przed czternastym rokiem życia. Dla bardziej konserwatywnych kinomanów nominacja być może  kontrowersyjna, bo film opowiada o homoseksualnym uczuciu dwóch nastolatek.

Agnes, pierwsza z nich, jest osamotniona i wycofana, utrzymuje kontakty jedynie z niepełnosprawną koleżanką z klasy. Przyjaźń, która je łączy jest zresztą pozorna, obie  skrycie sobą pogardzają, każda z innego powodu. Elin wydaje się być z kolei przeciwieństwem Agnes – towarzyska, piękna, popularna. I… pokręcona. Zmęczona, sfrustrowana i szalona jednocześnie. Na początku właściwie nie wiemy z jakiego powodu. Widzimy jedynie szarpiącą się bez sensu nastolatkę, rozdartą miedzy nagłymi, często sprzecznymi impulsami. Poszukującą intensywnych wrażeń, czy to będących efektem zakochania się, czy to spowodowanych połączeniem alkoholu i lekarstw wyciągniętych z rodzicielskiej apteczki. Jej niepokój nie jest typowy dla mieszkańców prowincjonalnego Amal. „Zawsze chcesz czegoś więcej.Nigdy nie jesteś zadowolona.” – mówi z urazą starsza siostra Elin, Jessica.

Tytułowe Amal (pieprzone Amal) to bowiem prowicjonalna mieścina, uniwersalny symbol zadupia w ogóle. Zadupia w sensie mentalnym raczej niż geograficznym, miejsca, w którym akceptacja zastanej rzeczywistości jest czymś absolutnie naturalnym. Przestrzeni, w której „chcenie czegoś więcej” jest czymś niezrozumiałym, zaś schematyczność świata  poszatkowanego w zgrabne stereotypy w rodzaju  „faceci znają się na sporcie i na komórkach, zaś dziewczyny na makijażu” rzeczą zupełnie oczywistą.  Na tym tle bunt Elin to coś więcej niż miotanie się niezrównoważonej psychicznie czternastolatki. Ze sceny na scenę bezmyślność otaczającego Elin towarzystwa wydaje się coraz wyraźniejsza i nie łagodzi jej nawet sympatyczna w gruncie rzeczy i poniekąd wzruszająca postać zakochanego w dziewczynie Johana. Także kwietyzm  i rezygnacja pani Olssen, matki Jessiki i Elin, apatycznie oglądającej wieczorne losowanie nagród (sama nigdy nie zagra) jest dość dojmująca.

Co ma do tego homoseksualizm? Jest kolejnym znakiem inności. Elin bowiem stopniowo odkrywa, że niezauważana przez nią do tej pory Agnes coraz bardziej ją pociaga. Krystalizowanie się niej homoseksualnej tożsamości jest odkryciem wstydliwym i wymagającym natychmiastowego wyparcia. Przy okazji – żegnaj micie o skandynawskiej humanistycznej tolerancji! Towarzystwo z Amal jest prawdopodobnie tak samo homofobiczne jak społeczność, dajmy na to, Kartuz czy Zduńskiej Woli. Przyznanie się do bycia „lesbą” oznacza dokładnie taki sam społeczny ostracyzm. Czy Elin zdecyduje się odrzucić powierzchowną popularność ( na której nota bene coraz mniej jej zależy) i zamanifestować oficjalnie swoje skłonności? Odpowiedź nie jest wcale taka oczywista.

Myliłby się ten, kto by założył, że  film Moodyssona jest jakąkolwiek propagandą homoseksualizmu (BTW, czy w ogóle preferencje seksualne można „rozpropagować”?). Temat podjęty jest tu subtelnie i z dużym wyczuciem, a jednocześnie bez zbędnej pruderii. Na uwagę zasługuje nie tylko konstrukcja dwóch głównych bohaterek (fenomenalne Rebecka Liljeberg i Alexandra Dahlstrom) lecz również autentyczność i psychologiczna wiarygodność całej galerii postaci drugoplanowych: Jessiki, Johana, Marcusa, rodziców Agnes, matki Elin  czy kalekiej koleżanki na wózku.

Naprawdę dobry film, świetny debiut Moodyssona, zasłużony zdobywca nagród festiwali filmowych w Berlinie, Karlovych Varach czy Walencji. Polecam.

 

 

 Eliasz mały stateczek (Elias), reż.E.Fyksen, 2005

Ileż mieliśmy już gadających aut, koparek, dźwigów, spychaczy, pociągów, samolotów, helikopterów i innego żelastwa? Multum, multum – „Bob Budowniczy”, „Tomek i przyjaciele”, „Zawiadowca Ernie”, „Bodzio mały helikopter”, „Finley wóz strażacki” i inni. Pomysł nośny i jak widać, eksploatowany do oporu.

„Eliasz”, norweska animacja z 2005 roku, na pozór niewiele się różni od wyżej wymienionych produkcji. To, co wyróżnia historię małego statku ratunkowego ze skandynawskiego fiordu, to fenomenalna plastyka tej kreskówki. Tak doskonale zrealizowanej animacji dawno nie widziałam. Po pierwsze, świetna scenografia, nawet bez efektów 3D byłaby rewelacyjna. Miła Zatoczka jest rzeczywiście miła i przytulna, wciśnięta między ściany wysokich fiordów, otoczona typowymi skandynawskimi drewnianymi domkami (jak ktoś lubi takie klimaty, będzie stękał z zachwytu). Po drugie realistyczna, w najlepszym sensie tego słowa, stary kuter naprawdę wygląda na stary i zardzewiały (aż widać plamy rdzy na burtach statku), a woda, to co oni zrobili z wodą, przyprawiło mnie o absolutny opad szczęki. Rewelacja – ruch fal, sposób, w jaki ich powierzchnię kształtuje wiatr czy przepływający statek, refleksy świetlne – coś niesamowitego. Nic dziwnego, że w 2006 roku serial został nominowany do nagrody Emmy.

Forma – czyli rewelacyjny projekt plastyczny i zaawansowana animacja komputerowa z efektami 3D przyćmiewa tutaj  trochę treść, która podobnie jak w innych tego rodzaju historyjkach, jest dość typowa: oto niedoświadczony ale gorliwy adept swojej sztuki ofiarnie wykonuje swoje codzienne zadania, ucząc się przy tym, zdobywając doświadczenie i przyjaciół. Sympatyczne i pouczające lecz niezbyt odkrywcze. Niemniej sposób, w jaki to wszystko zastało pokazane, naprawdę zasługuje na to, by zapoznać się z tą kreskówką. Jedyne zastrzeżenie jakie mam, skierowane jest do polskiego dystrybutora, firmy Monolith Video, który tak dobrą animację zarżnął brakiem polskiego dubbingu.  Teksty czyta tylko lektor, przy czym musi przekrzykiwać oryginalny norweski tekst, nawet piosenka w czołówce każdego odcinka odczytywana jest beznamiętnym glosem lektora ( a w tle oczywiście gra stosowne umpsa, umpsa). Szkoda. Taki kawał porządnej roboty zasługiwałby na lepsze potraktowanie.

 

 

 Supercyfry (Numberjacks), 2006

 Istnieje podobno coś takiego jak genetyczny patriotyzm (po dokładną eksplikację pojęcia odsyłam do posła Marka Suskiego). Prawdopodobnie więc istnieje też coś na kształt genetycznie ukształtowanej niezdolności  do nauk ścisłych. Jacek, dziecko dwojga humanistów, powinien był ją odziedziczyć. Tymczasem do literek (mamunia i tatunio czytali tytle w wieku lat czterech) synalek pociągu nie ma. Dwoję się i  troję, by było inaczej, bezskutecznie. Inaczej z cyferkami. Zna wszystkie, liczy sprawnie do nie wiem ilu, bez żadnych oporów i niechęci.

Na pewno spora w tym zasługa programu „Supercyfry” (ang. Numberjacks) zrealizowanego w studio Open Mind, świetnego serialu edukacyjnego popularyzującego wśród przedszkolaków podstawy myślenia matematycznego. Nie jest to serial „erudycyjny”,  nie znajdziecie tam ani jednego pojęcia matematycznego sensu stricto. Zagadnienia matematyczno-logiczne przedstawiane są w formie przygód antropomorficznych cyferek mieszkających we wnętrzu sofy i wyruszających na misję ratowania realnego świata i rządzących nim prawideł przed zakłócającymi spokój awanturnikami: Problematykiem, Cyfrokradem, Niekształtkiem, Hultaj Chochlą i panem Zagadką. Rodzaj humoru obecny w tym programie jest nieskomplikowany acz nieco absurdalny, dobrze dostosowany do poziomu przedszkolaka.  Serial pozwoli dzieciom zrozumieć czym jest symetria, podstawowe działania matematyczne, geometria. Nie wiem, czy istnieje coś takiego jak „wrażliwość matematyczna”, lecz jeśli tak, to „Supercyfry” na pewno pomogą ją rozwinąć ;-)

Program można obejrzeć na kanale Cbeebies.

Czytelników z Gdańska i okolic informuję, że w sobotę, 04.04 o 17.00 można bedzie obejrzeć pokaz starych bajek dla dzieci wyświetlanych z projektora i czytanych przez lektora. Więcej na temat tej wyprawy w przeszłość znajdziecie na stronie: www.pandinek.com.pl

Projektor_Super_8.jpg

 

Most do Terabithii (Bridge to Terabithia), reż. G. Csupo, 2007

Okładka płyty sugeruje, że mamy do czynienia z cudowną wyprawą w krainę fantazji, z kolejną barwną wersją „Kronik Narnijskich” czy „Nie kończącej się historii”. Nic bardziej mylnego. „Most do Terabithii”, adaptacja powieści Katharine Paterson, nie jest filmową baśnią fantasy. To raczej wyjątkowo prawdziwa i w dosadny sposób realna opowieść o rozterkach dojrzewania. O tym, że życie potrafi być upajająco piękne w jednej chwili, zaś w drugiej strzelić nam wyjątkowo paskudnego kopa w żołądek, aż zabraknie nam tchu z rozpaczy i szoku.

Krytycy zarzucają temu filmowi zbytnie podobieństwo do schematu fabularnego „Mojej dziewczyny”. Podobieństwo to jest jednak moim zdaniem jedynie powierzchowne – nie powiem, na czym dokładnie się opiera, by nie zdradzić szczegółów akcji. Podobnie jak w filmie Howarda Zieffa, parę głównych bohaterów stanowi dwójka dzieci ( z tym, że tutaj już raczej nastolatków u progu dorosłości), którą połączy podobne widzenie świata. Podobnie jak w „My Girl”, także i tu stroną bardziej przebojową, aktywną jest  dziewczyna, Leslie (doskonała, urocza Anna Sophia Robb, podobna nieco do młodziutkiej Natalie Portman). Jessie, jej nowy kolega jest zdecydowanie bardziej zahukany. Leslie to jedyna, ukochana córeczka pary zamożnych i dość swobodnie nastawionych do życia pisarzy, Jessie natomiast to chłopiec wychowywany w wielodzietnej rodzinie i  zaniedbywany emocjonalnie  przez kochających w sumie lecz zapracowanych rodziców, którzy próbują związać koniec z końcem prowadząc farmę, która nie przynosi specjalnych dochodów. Poza tym jest dziwny, prześladowany przez kolegów ze szkoły, którzy mają go za odmieńca i frajera. Ale Leslie też jest dziwna, inna. Jest zbyt twarda, niezależna i pewna siebie, by grać rolę szkolnej niedojdy, lecz nie ma przyjaciół. Obdarzona twórczą wyobraźnią zabierze Jessiego na wyprawę do alternatywnego świata, fascynującego i pełnego niebezpieczeństw. Prawdziwego czy wymyślonego? Zobaczycie.

Jest to jeden z tych filmów, które powodują ścisnięcie gardła. Mocno gra na emocjach, ale są to emocje prawdziwe i autentyczne. Nie szczędzi nam wzruszeń i łez, lecz nie będą to tylko tanie histeryczne pochlipywania. Pokazuje w szczegółach mechanizmy szkolnej przemocy, wskazując jednocześnie na fakt jak łatwo z kata stać się ofiarą, jak krucha w rzeczywistości jest każda społeczna i towarzyska hierarchia. Tym większe znaczenie ma niezależność i odwaga w budowaniu siebie, konstruowaniu własnych wewnętrznych światów – nie po to, by w nie uciekać, lecz po to, by wiedzieć kim się jest, by, jak  napisał Marek Grechuta, „rozpoznać siebie pośród śpiewu tłumu”.

Wielkie, poruszające, prawdziwe kino. Nie tylko dla nastolatków.

 

Reklamy
Lilypie 5th Birthday Ticker