Fucking Amal, reż L.Moodysson, 1998

Według Brytyjskiego Instytutu Filmowego jest to jeden (obok m. in. E.T. czy Czarnoksiężnika z Krainy Oz) z pięćdziesięciu dzieł filmowych, które należy obejrzeć  przed czternastym rokiem życia. Dla bardziej konserwatywnych kinomanów nominacja być może  kontrowersyjna, bo film opowiada o homoseksualnym uczuciu dwóch nastolatek.

Agnes, pierwsza z nich, jest osamotniona i wycofana, utrzymuje kontakty jedynie z niepełnosprawną koleżanką z klasy. Przyjaźń, która je łączy jest zresztą pozorna, obie  skrycie sobą pogardzają, każda z innego powodu. Elin wydaje się być z kolei przeciwieństwem Agnes – towarzyska, piękna, popularna. I… pokręcona. Zmęczona, sfrustrowana i szalona jednocześnie. Na początku właściwie nie wiemy z jakiego powodu. Widzimy jedynie szarpiącą się bez sensu nastolatkę, rozdartą miedzy nagłymi, często sprzecznymi impulsami. Poszukującą intensywnych wrażeń, czy to będących efektem zakochania się, czy to spowodowanych połączeniem alkoholu i lekarstw wyciągniętych z rodzicielskiej apteczki. Jej niepokój nie jest typowy dla mieszkańców prowincjonalnego Amal. „Zawsze chcesz czegoś więcej.Nigdy nie jesteś zadowolona.” – mówi z urazą starsza siostra Elin, Jessica.

Tytułowe Amal (pieprzone Amal) to bowiem prowicjonalna mieścina, uniwersalny symbol zadupia w ogóle. Zadupia w sensie mentalnym raczej niż geograficznym, miejsca, w którym akceptacja zastanej rzeczywistości jest czymś absolutnie naturalnym. Przestrzeni, w której „chcenie czegoś więcej” jest czymś niezrozumiałym, zaś schematyczność świata  poszatkowanego w zgrabne stereotypy w rodzaju  „faceci znają się na sporcie i na komórkach, zaś dziewczyny na makijażu” rzeczą zupełnie oczywistą.  Na tym tle bunt Elin to coś więcej niż miotanie się niezrównoważonej psychicznie czternastolatki. Ze sceny na scenę bezmyślność otaczającego Elin towarzystwa wydaje się coraz wyraźniejsza i nie łagodzi jej nawet sympatyczna w gruncie rzeczy i poniekąd wzruszająca postać zakochanego w dziewczynie Johana. Także kwietyzm  i rezygnacja pani Olssen, matki Jessiki i Elin, apatycznie oglądającej wieczorne losowanie nagród (sama nigdy nie zagra) jest dość dojmująca.

Co ma do tego homoseksualizm? Jest kolejnym znakiem inności. Elin bowiem stopniowo odkrywa, że niezauważana przez nią do tej pory Agnes coraz bardziej ją pociaga. Krystalizowanie się niej homoseksualnej tożsamości jest odkryciem wstydliwym i wymagającym natychmiastowego wyparcia. Przy okazji – żegnaj micie o skandynawskiej humanistycznej tolerancji! Towarzystwo z Amal jest prawdopodobnie tak samo homofobiczne jak społeczność, dajmy na to, Kartuz czy Zduńskiej Woli. Przyznanie się do bycia „lesbą” oznacza dokładnie taki sam społeczny ostracyzm. Czy Elin zdecyduje się odrzucić powierzchowną popularność ( na której nota bene coraz mniej jej zależy) i zamanifestować oficjalnie swoje skłonności? Odpowiedź nie jest wcale taka oczywista.

Myliłby się ten, kto by założył, że  film Moodyssona jest jakąkolwiek propagandą homoseksualizmu (BTW, czy w ogóle preferencje seksualne można „rozpropagować”?). Temat podjęty jest tu subtelnie i z dużym wyczuciem, a jednocześnie bez zbędnej pruderii. Na uwagę zasługuje nie tylko konstrukcja dwóch głównych bohaterek (fenomenalne Rebecka Liljeberg i Alexandra Dahlstrom) lecz również autentyczność i psychologiczna wiarygodność całej galerii postaci drugoplanowych: Jessiki, Johana, Marcusa, rodziców Agnes, matki Elin  czy kalekiej koleżanki na wózku.

Naprawdę dobry film, świetny debiut Moodyssona, zasłużony zdobywca nagród festiwali filmowych w Berlinie, Karlovych Varach czy Walencji. Polecam.

 

Reklamy