7114061_2 Artur i Minimki (Arthur et les Minimoys), reż, Luc Besson, 2006

Przyznam się, że z Luc’em Bessonem mam od jakiegoś czasu kłopot. No bo, dzięki jego starym filmom jak „Subway” czy „Wielki Błękit”, noszę w sobie przekonanie, że Besson wielkim reżyserem jest. Potem od „Piątego elementu” począwszy a skończywszy na „Angeli” wrażenie to blaknie i rozmywa się. I nawet nie to, że te filmy jakoś bardzo złe są. Nie. Są niezłe formalnie i nawet przyjemnie się je ogląda (choć w pamięci, mojej przynajmniej, pozostaje głównie Milla Jovovich w skąpym stroju zmontowanym z pomarańczowych pasków czy ujęcia czarno-białego Paryża w „Angeli”). A jednak „nie zachwycają”, nie uwodzą, nie każą o sobie mysleć jeszcze wiele godzin, dni, tygodni po projekcji.

Podobne wrażenie mam przy „Arturze i Minimkach”. No bo pierwsze, trudno nie docenić zaangażowania i odwagi Bessona przy realizacji tego projektu (wiele lat pracy, kupa kasy, ryzyko formalne etc.). Po drugie – gwiazdorska obsada: Mia Farrow, Freddie Highmore, dyżurna twarz współczesnego dziecięcego kina ( „Charlie i fabryka czekolady”, „Pięcioro dzieci i coś, „Kroniki Spiderwick”), Madonna, Snoop Dogg czy David Bowie. Po trzecie – przyzwoita animacja, naprawdę dobrze zestawiona i przenikająca się z częścią fabularną filmu. Po czwarte w końcu: legendarna francuska lekkość, filuterność, ironia i wdzięk. Wszystko fajnie, tyle, że składa się to razem w całość niestety przewidywalną i dość nużącą.

Sama historyjka jest raczej banalna: dziesięcioletni Artur (Freddie Highmore) mieszka w Connecticut ze swoją babcią (Mia Farrow) w dużym, pięknym domu z ogrodem. Jest środek lata i chłopiec właśnie obchodzi urodziny. Sielanka to jednak pozorna, bo rodzice Artura wyjechali gdzieś za chlebem, dziadunio Archibald był uprzejmy zaginąć bez wieści kilka lat przedtem, zostawiając rodzinie jedynie księgę pełną rysunków i wspomnień z Afryki oraz opowieści o ukrytym w ogrodzie mitycznym skarbie. Tak zdekompletowanej rodziny nie omijają poważne finansowe tarapaty, w wyniku których odpowiednie służby odłączają do uroczego domku dopływ prądu i sygnału telefonicznego. To make things worse, na dom i ziemię dybie paskudny deweloper, który chatynkę chce zburzyć i zaorać i na tym terenie postawić ordynarne betonowe bloki. Artur ma tylko 48 godzin, by powstrzymać wrednego przedsiębiorcę, odnaleźć zakopane w ogrodzie rubiny i ocalić dom i rodzinę przed zgoła niewesołym losem. W tym celu musi najpierw przeniknąć do mikroskopijnego świata tytułowych Minimków…

Nie trzeba być wielkim kinomanem, by podczas wędrówki Artura po krainie Minimków (a de facto wśród traw własnego ogrodu) odnaleźć tony literackich oraz filmowych inspiracji i zapożyczeń: przyuważymy tu m. in kalki z opowieści o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu, nawiązania do filmów „Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki”, „Wodne dzieci”, „Władca pierścieni”, „Gwiezdne wojny” czy „Harry Potter” (Maltazard, główny szwarccharakter, łączy w sobie cechy Saurona, Dartha Vadera oraz Voldemorta). Zapożyczenia te są mało subtelne, raczej bezpośrednie i jak dla mnie, dość irytujące.

Paradoksalnie, tym co  w mojej opinii  ratuje ten film, jest oryginalność i pewna odwaga w konstruowaniu alternatywnego świata. Film jest ewidentnie adresowany do dzieci, widz dorosły nie znajdzie tam dla siebie specjalnie dużo, a jednak świat Minimków daleki jest od baśniowego stereotypu. Księżniczka Selenia nie jest mdłą długowłosą dzieweczką na wysokiej wieży, lecz ponętną panienką z krągłym tyłeczkiem i dojrzałym, niepokojącym glosem Joanny Brodzik. Dziesięcioletni Artur przechodzi w ciągu kilkudziesięciu godzin chyba jakieś hiperekspresowe dojrzewanie psychiczne i seksualne, całując się namiętnie z księżniczką ze dwa jak nie trzy razy, a na końcu zawierając z nią związek małżeński. Pisałam „paradoksalnie” bo ten akurat wątek żeniaczki dziesięciolatka wywołał wśród widzów niejaką konsternację.  Warto także wspomnieć o dekadenckiej, zadymionej knajpie Maxa, gdzie słucha się starych winyli i leniwie popija zielonkawy wyskokowy napój (absynt?). Jestem przekonana, że w Polsce nakręcenie takiego filmu spotkałoby się z oporem, bo u nas dominuje przekonanie, że dobra bajka (fatalne słowo, BTW) to taka bez erotyki i, o matko bosko, bez przemocy. A że już mierna ona na przykład czy durna, o to mniejsza.

P.S. jeszcze w tym roku planowana jest premiera drugiej części historii Artura i Minimków, nosząca tytuł „Artur i zemsta Maltazarda”. Coś mi się widzi, że na skonsumowanie związku Selenia i Artur będą musieli jeszcze trochę poczekać…

 

Reklamy