You are currently browsing the monthly archive for Lipiec 2009.

lucy1

Kto z nas, będąc dzieckiem, nie odwlekał momentu pójścia spać? Nie szukał pretekstu, by jeszcze posiedzieć z rodzicami, pobawić się, by wreszcie – gdy już zmusili do nałożenia piżamy i wślizgnięcia się pod kołdrę – pomarzyć o dalekich podróżach, tajemniczych przygodach, zaskakujących niepodziankach zamiast nudnego snu?  Lucy, dziewczynka mieszkająca w sąsiedztwie ogrodu zoologicznego, jest zatem niewątpliwą szczęściarą. Co wieczór, już w piżamie, zanim jeszcze sen ją zmorzy, zsuwa się z okna swojej sypialni po dłuuugiej szyi żyrafy Georginy wprost do pogrążonego w miłym zmroku ogrodu swoich zwierzęcych przyjaciół. Wybiera się tam właściwie na krótką pogawędkę, przechodzacą zazwyczaj płynnie w spokojną opowieść, snutą za każdym razem przez inne zwierzątko. Nie są to zapierające dech w piersiach przygody, ot, na przykład historyjka o wspólnym zrywaniu jednego dojrzałego, wielkiego owocu z drzewa, co okazuje się dużo bardziej skomplikowane, niż można by się spodziewać.

Opowieść koi, uspokaja, usypia – Lucy, która słucha jej wygodnie umoszczona na kolanach niedźwiedzia czy grzbiecie słonia, pod koniec już praktycznie odpływa. Georgina odkłada ją, pogrążoną w słodkim śnie, do łóżka. 

Bardzo dobra propozycja na dobranoc. Jest pełna spokoju, ciepła, wyciszenia.

Osobiście bardzo lubię czołówkę tej animacji i melodyjną piosenkę przewodnią:

 

Reklamy

luna 

 

 

 

 

 

 

 

Harry Potter i Książę Półkrwi (Harry Potter and the Half-Blood Prince), reż David Yates, 2009

Niezła, naprawdę niezła ekranizacja szóstego tomu cyklu J. K. Rowling. Dojrzała i przemyślana, z bohaterami, którzy nie są już dziećmi: Harry (Daniel Radcliffe) co prawda ciągle wygląda trochę chłopczykowato, ale Ron (Rupert Grint) czy Draco Malfoy (Tom Felton) już wcale nie –  i obaj mają duże szanse wypchnięcia Roberta Pattinsona czy lazurowookiego Zaca Efrona z nastoletnich serc dziewczęcej widowni.

Mam na myśli nie tylko fizyczną dojrzałość. Harry, po starciu w Departamencie Tajemnic, poznał już swoje przeznaczenie, Draco, sterroryzowany przez Voldemorta, pozbawiony wpływowego ojca, za którego plecy może się schować, ma do wykonania okrutne, przerastające go zadanie. Ron  i Hermiona natomiast prezentują nam zabawną, niepozbawioną ciepła, pełną łez, tęsknoty, zazdrości i wybuchów furii erotyczną grę uczuć. Tym samym film precyzyjnie trafia w określony target, czyli do mentalności i emocji nastoletniej widowni. Nie dziwię się przy tym uznaniu, jakim niespodziewanie obdarzył ten film Watykan: erotyczne relacje i fascynacje ukazane są bowiem w świetle wyjątkowo niewinnym, subtelnym i czystym. Dowód na to, że nie trzeba pokazywać tarzających się po ziemi kochanków, wpijających się sobie nawzajem w usta, by rozpalić wyobraźnię i emocje tej części widowni….

Oczywiście, szósty rok nauki w Hogwarcie nie tylko romansami stoi. Draconowi one w ogóle nie w głowie, bo chłopak niemal nic innego nie robi, jak próbuje wykonać zadanie, które powierzył mu Czarny Pan (brawo dla scenarzysty, który młodemu Malfoyowi poświęcił sporo miejsca, pokazując jego głęboką samotność, zwierzęcy strach i wyobcowanie). Harry (w chwilach, gdy nie marzy o Ginny Weasley), wspólnie z Dumbledorem okrywa przeszłość Voldemorta, szczególną uwagę przykładając do tajemniczo zdobytej kiedyś przez najsłynniejszego Ślizgona  wiedzy na temat zlowieszczych horkruksów.

Atutem potterowych ekranizacji było i jest znakomite aktorstwo – udział Maggie Smith, Alana Rickmana, Emmy Thompson, Kennetha Branagha, Ralpha Fiennesa, Helen Bonham-Carter i innych gwarantował doskonałe, świetnie zagrane widowisko. Nie inaczej jest i w „Księciu Półkrwi” – Rickman w roli Snape’a jest jak zwykle fenomenalny, Tom Felton dojrzały i przekonujący, Rupert Grint wreszcie nie robi idiotycznych min głupawego wesołka, zaś Evanna Lynch ze swoim omdlewającym glosem i błędnym wzrokiem jest najlepszą Luną, jaką mogłam sobie wyobrazić ( a mogłam, bo samotna i zbzikowana, a przy tym dziwnie pogodna Luna jest moją ulubioną postacią całego cyklu).

Na tym pięknym i umiejętnie tkanym filmowym gobelinie znajdą się również, niestety, supły i dziury: największą z nich i zupełnie niezrozumiałą jest scena ataku śmierciożerców na Norę, chaotyczna i bezsensowna sekwencja, z której nic zupełnie dla filmu nie wynika. Tych kilka minut spokojnie można było poświęcić choćby na pominięty zupełnie wątek Meropy, matki Toma Riddle’a. Drugi zgrzyt to  kreacja Ginny: postać grana przez śliczną i fizycznie pasującą do roli Weasleyówny Bonnie Wright jest dziwnie mdła i rozlazła – a scena z zawiązywaniem butów Harry’emu przyprawiła mnie o opad szczęki i wewnętrzne what the fuck?. Książkowa Ginny nie jest przecież łagodnym, usłużnym dziewczęciem –  rzuca upiorogacki, świetnie gra w quidditcha i chodzi na randki, z kim chce.

Nie mam natomiast za złe scenarzyście, że „wyciął” ważną w powieści scenę pogrzebu Dumbledore’a. Po pierwsze, moment, gdy wszyscy podnoszą w górę oświetlone różdżki, przeganiając w ten sposób mrok i zło, jest piękny i przejmujący. Po drugie, scena na wieży Hogwartu, gdy trójka przyjaciół patrzy na ukochane zamkowe mury i błonia, zdając sobie sprawę, że po wakacjach już do nich nie wróci jest znaczącym, symbolicznym znakiem „końca niewinności”. Hogwart jaki znamy, już nie istnieje, wraz z odejściem Dumbledore’a przestaje być opoką, schronieniem, przystanią. Harry de facto staje się bezdomny. I moment, w którym bodaj Hermiona mówi, patrząc na jezioro „Nigdy nie zdawałam sobie sprawy, jak tu jest pięknie” jest najlepszym dowodem zarówno utraty dzieciństwa, jak i rozpoczętego właśnie okresu tułaczki i bezdomności. Kto czytał ostatni tom cyklu, ten wie.

 

W sobotę we Wrocławiu startuje festiwal Era Nowe Horyzonty. W programie przewidziano także spory blok pokazów filmowych dla dzieci, połączonych z warsztatami oraz dyskusjami dla najmłodszych kinomanów, W tym roku dzieci będą mogły obejrzeć spory wycinek wspołczesnej kinematografii skandynawskiej.

Szczegółowy program bloku filmów dla dzieci dostępny m. in. TUTAJ

DZIECIAKI_Z_SASIEDZTWA

W sierpniu bedzie można natomiast zobaczyć, oprócz oczywiście innych filmów, także adaptację bardzo w polsce popularnych, wydawanych przez wydawnictwo „Zakamarki” opowieści o Pettsonie i kocie Findusie.

2424171

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Antologię kupiliśny już dawno i zdążyliśmy obejrzeć po wielekroć. Nie wiedziałam tylko (i w zasadzie nadal nie wiem),  jak właściwie pisać o tak bogatym i niejednorodnym zbiorze kilkudziesięciu animacji, odległych od siebie chronologicznie, tematycznie i plastycznie, jaki znaleźć dla nich wspólny mianownik, jednolitą formułę opisu.

Wybór 37 krótkometrażówek z sześćdziesięcioletniej historii polskiej animacji zgromadzony na 3 płytach DVD to wydawnictwo unikalne na polskim rynku. Nie znajdziecie tu w zasadzie  najpopularniejszych polskich kreskówek: takie postacie jak Reksio, Bolek i Lolek czy Pyza pojawiają się tylko raz, w pierwszych, powiedzielibyśmy dziś pilotażowych, odcinkach  swoich serii. Mamy więc szansę poznać innych, mniej znanych bohaterów i bardziej częstokroć dojrzałe małe formy filmowe.

Myśmy najchętniej i najczęściej oglądali płytę nr 2, chyba najodpowiedniejszą dla dziecka w wieku przedszkolnym. Jacka ulubione typy to pogodny „Piesek w kratkę” Zofii Ołdak, „Czarne czy białe” Wacława Wajsera, czy ascetyczny, wyrazisty „Nielotek” Łucji Mróz-Rajnoch. Wart uwagi jest na pewno film ” O największej kłótni” (jedna z 13 bajek o królestwie Lailonii L. Kołakowskiego) z rewelacyjną narracją nieżyjącego już niestety Zbigniewa Zapasiewicza i plastyką inspirowaną obrazami Bruegla. Nie mogę również nie wspomnieć o kompozytorach, autorach muzyki do prezentowanych w zbiorze animacji –  Krzysztofie Pendereckim czy  Jerzym „Dudusiu” Matuszkiewiczu.

„Antologia…” to dla mnie jeden z lepszych argumentów przeciwko teorii, że telewizja niszczy osobowość i wybraźnię młodego człowieka, uwstecznia go językowo i czyni zeń biernego, otępiałego somnabulika o zastygłym spojrzeniu. Wiele z tych krótkometrażówek jest bowiem absolutnie zachwycających plastycznie, formalnie, koncepcyjnie. Symbolicznych, wieloznacznych, zachęcających do dyskusji z dzieckiem, rozbudzających jego ciekawość i wyobraźnię, a nawet, jak w filmiku „Ostatnie zero” Anny Maliszewskiej, uczących abstrakcyjnego myślenia.

Nie sposób ani streścić, ani podsumować tego bogactwa w jednej notce. W miarę upływu czasu postaram się zamieszczać recenzje tych filmów z antologii, które nam spodobały się najbardziej. A, tych kontrowersyjnych bardziej także.

iage3

 

 

 

 

 

 

 Epoka lodowcowa 3: Era dinazaurów (Ice Age 3 : Dawn of the Dinosaurs), reż. Carlos Santanha, 2009

 

 

Trzecia część przygód mamuta Mańka ( i jego towarzyszki Eli), tygrysa szablozębnego Diego oraz leniwca Sida. Maniek i Ela oczekują narodzin małego mamuciątka (on dużo bardziej nerwowo niż ona), Sid snuje się jak zwykle w poszukiwaniu swojego miejsca, zaś Diego czuje, że rodzinna sielanka stępiła mu zęby i pazury oraz odebrała instynkt łowcy. Stado się rozpada, skoncentrowany na rodzinnym szczęściu Maniek buduje zamknięty plac zabaw dla potomka, Diego odchodzi, a leniwiec znajduje 3 porzucone (tak mu się przynajmniej wydaje) jaja dinozaura i postanawia przejąć nad nimi pieczę. Nie mija jednak nawet jeden dzień, jak po to, co się z jajek wykluło powraca ich prawdziwa rodzicielka, gigantyczna przedstawicielka gatunku Tyranosaurus Rex…

Film realizacyjnie dużo lepszy od poprzednich (pościg Diego za jeleniem – rewelacyjny), natomiast zdecydowanie słabszy jeśli chodzi o pomysły, humor i świeżość. Wrzucenie do fabuły supermodnych dinozaurów niespecjalnie pomogło. Fabuła nie jest ani śmieszna, ani smutna (ach, gdzie ta piękna, przejmująca scena w jaskini z malowidłami w pierwszej części trylogii?) ani nawet szczególnie zajmująca. Ot, da się obejrzeć, i tyle. Największa frajda spotka chyba maloletnich wielbicieli dinozaurów, natomiast dorosły widz poczuje się raczej znużony wtórnymi zapożyczeniami z Gwiezdnych Wojen ( sposób okiełznania złowieszczego dinozaura Rudiego czy  kreacja Bucka, wojowniczej łasicy).

Generalnie  – dość słabiutko, niestety.

 

Reklamy
Lilypie 5th Birthday Ticker