You are currently browsing the category archive for the ‘Adaptacje’ category.

wunschpunsch
 
„To jest historia pewnej wiedźmy i maga,
Tysiąca czarów które wywar wspomaga,
Zaklęcia moc zaraz zamieni miasto,
W Chaos i Zamęt, i już cały świat to:
Wunschpunsch!
Czarna magia, dziwna magia w tym wywarze!
(Wunschpunsch!)
Czarną magię, dziwną magię wam pokażę!
(Wunschpunsch!)”
 
Tak brzmi tekst czołówki serialu.  Dodam jeszcze, że jest to również  historia kota i kruka, wysłanników ( lub szpiegów po prostu) Wysokiej Rady Zwierząt, których zadaniem jest udaremnić  każdorazowo złowrogie zamiary tandemu czarodziejów – nieudaczników. Serial „Wunschpunch” to dość swobodne nawiązanie do książki bardzo popularnego w Niemczech współczesnego pisarza Michaela Ende, autora m. in. „Niekończącej się opowieści” czy „Momo„. Nie jest to adaptacja sensu stricto, nazwałabym ją raczej „sequelem” powieści. Akcję książki, w formie retrospekcji, odzwierciedla jedynie ostatni odcinek pierwszej serii, pt. „Noc życzeń”.
Wiedźma Tyrania i jej siostrzeniec Zarazek ( w oryginale noszący imię Belzebuba Świrusa) to para czarodziejów, nieustannie prześladowana przez Złowrogusa Robala, wysłannika piekielnych otchłani, stale domagającego się nowych, złowieszczych zaklęć, mających sprowadzić na miasto wieczną katastrofę. Tyrania i Zarazek, dzięki posiadanemu na spółkę czarodziejskiemu rękopisowi, sa w stanie przygotować eliksir życzeń (tytułowy wunschpunsch). Wyczarowane w ten sposób okropieństwa mają szansę utrwalić się i na zawsze pogrążyć miasto w chaosie – wymagane jest jednak, by czar trwał nie krócej niż 7 godzin. Jeśli ktoś odwróci zaklęcie przed upływem tego czasu, caly zamierzony efekt  diabli, nomen omen, biorą. Nie trzeba chyba dodawać, że za każdym razem, przy wsparciu mówiącej zagadkami żółwicy Noe, zaklęcie zostaje powstrzymane w ostatniej chwili dzięki wallenrodowskiej postawie Jakuba i Maurycego ;-)
Serial „Wunschpunsch” nie dorównuje oczywiście literackiemu pierwowzorowi, zaś animacja jest moim zdaniem dość toporna.  Niemniej, to przyzwoicie zrobiona, intrygująca fabularnie i dość oryginalna propozycja dla starszych przedszkolaków (choć jednostki nerwowe i bojażliwe powinny chwilowo odłożyć oglądanie na późniejsze czasy) i wyżej. Dynamiczny opening i energetyczna piosenka  powinna przysporzyc serialowi fanów także wśród widzów dorosłych.
Reklamy
kot w butachPrawdziwa historia kota w butach (La veritable histoire de Chat Botte), reż. Jerome Deschamps, 2009

To wcale nie jest aż tak złe, jak o tym piszą. To prawda, są mielizny scenariuszowe, całość jest dziwaczna i chwilami nużąca. Niemniej mam obawy, że najbardziej temu filmowi zaszkodziło przedobrzone polskie tłumaczenie i dialogi pełne topornych, wtłaczanych na siłę odniesień do polskiej popkultury – „Tańca z gwiazdami”, Dody, braci Mroczków, a nawet – czyżby mnie słuch mylił? – najbardziej kontrowersyjnej polskiej aktorki ostatnich miesięcy, czyli Anny Cugier-Kotki. Kilka tego rodzaju żartów byłoby OK, natomiast zbombardowanie tej krótkiej, siedemdziesięciominutowej animacji goniącymi jeden za drugim nibyzabawnymi pseudodowcipami jest niczym innym jak trywialnym i leniwym pójściem po linii najmniejszego oporu ( i co najgorsze, zupełnie niecelnym,  jako że małoletnia widownia zupełnie  nie chwyta tych „pudelkowych” rewelacji). A szkoda, bo oryginalny materiał wydaje się być nie najgorszy. Animacja jest niewątpliwie udana i nowoczesna, scenografia rewelacyjna (szczególnie konstrukcja wiatraka oraz dizajnerskie wnętrze zamku ogra), kupleciki śpiewane przez Marię Peszek i Borysa Szyca niczego sobie, zaś całość niewątpliwie oryginalna.

Nie mogę też nie wspomnieć o tym, że ta lekko groteskowa adaptacja baśni Charlesa Perraulta ogromnie podobała się mojemu dziecku. I choć nie podzielam jego żywiołowej fascynacji awangardową postacią Kota ( wizja postaci ewidentnie zerżnięta z fenomenalnej kreacji Johnny’ego Deppa jako Jacka Sparrowa), to chcąc nie chcąc muszę zaliczyć uznanie mojego syna na poczet plusów tej animacji. W końcu i on jest tu recenzentem, no nie?

luna 

 

 

 

 

 

 

 

Harry Potter i Książę Półkrwi (Harry Potter and the Half-Blood Prince), reż David Yates, 2009

Niezła, naprawdę niezła ekranizacja szóstego tomu cyklu J. K. Rowling. Dojrzała i przemyślana, z bohaterami, którzy nie są już dziećmi: Harry (Daniel Radcliffe) co prawda ciągle wygląda trochę chłopczykowato, ale Ron (Rupert Grint) czy Draco Malfoy (Tom Felton) już wcale nie –  i obaj mają duże szanse wypchnięcia Roberta Pattinsona czy lazurowookiego Zaca Efrona z nastoletnich serc dziewczęcej widowni.

Mam na myśli nie tylko fizyczną dojrzałość. Harry, po starciu w Departamencie Tajemnic, poznał już swoje przeznaczenie, Draco, sterroryzowany przez Voldemorta, pozbawiony wpływowego ojca, za którego plecy może się schować, ma do wykonania okrutne, przerastające go zadanie. Ron  i Hermiona natomiast prezentują nam zabawną, niepozbawioną ciepła, pełną łez, tęsknoty, zazdrości i wybuchów furii erotyczną grę uczuć. Tym samym film precyzyjnie trafia w określony target, czyli do mentalności i emocji nastoletniej widowni. Nie dziwię się przy tym uznaniu, jakim niespodziewanie obdarzył ten film Watykan: erotyczne relacje i fascynacje ukazane są bowiem w świetle wyjątkowo niewinnym, subtelnym i czystym. Dowód na to, że nie trzeba pokazywać tarzających się po ziemi kochanków, wpijających się sobie nawzajem w usta, by rozpalić wyobraźnię i emocje tej części widowni….

Oczywiście, szósty rok nauki w Hogwarcie nie tylko romansami stoi. Draconowi one w ogóle nie w głowie, bo chłopak niemal nic innego nie robi, jak próbuje wykonać zadanie, które powierzył mu Czarny Pan (brawo dla scenarzysty, który młodemu Malfoyowi poświęcił sporo miejsca, pokazując jego głęboką samotność, zwierzęcy strach i wyobcowanie). Harry (w chwilach, gdy nie marzy o Ginny Weasley), wspólnie z Dumbledorem okrywa przeszłość Voldemorta, szczególną uwagę przykładając do tajemniczo zdobytej kiedyś przez najsłynniejszego Ślizgona  wiedzy na temat zlowieszczych horkruksów.

Atutem potterowych ekranizacji było i jest znakomite aktorstwo – udział Maggie Smith, Alana Rickmana, Emmy Thompson, Kennetha Branagha, Ralpha Fiennesa, Helen Bonham-Carter i innych gwarantował doskonałe, świetnie zagrane widowisko. Nie inaczej jest i w „Księciu Półkrwi” – Rickman w roli Snape’a jest jak zwykle fenomenalny, Tom Felton dojrzały i przekonujący, Rupert Grint wreszcie nie robi idiotycznych min głupawego wesołka, zaś Evanna Lynch ze swoim omdlewającym glosem i błędnym wzrokiem jest najlepszą Luną, jaką mogłam sobie wyobrazić ( a mogłam, bo samotna i zbzikowana, a przy tym dziwnie pogodna Luna jest moją ulubioną postacią całego cyklu).

Na tym pięknym i umiejętnie tkanym filmowym gobelinie znajdą się również, niestety, supły i dziury: największą z nich i zupełnie niezrozumiałą jest scena ataku śmierciożerców na Norę, chaotyczna i bezsensowna sekwencja, z której nic zupełnie dla filmu nie wynika. Tych kilka minut spokojnie można było poświęcić choćby na pominięty zupełnie wątek Meropy, matki Toma Riddle’a. Drugi zgrzyt to  kreacja Ginny: postać grana przez śliczną i fizycznie pasującą do roli Weasleyówny Bonnie Wright jest dziwnie mdła i rozlazła – a scena z zawiązywaniem butów Harry’emu przyprawiła mnie o opad szczęki i wewnętrzne what the fuck?. Książkowa Ginny nie jest przecież łagodnym, usłużnym dziewczęciem –  rzuca upiorogacki, świetnie gra w quidditcha i chodzi na randki, z kim chce.

Nie mam natomiast za złe scenarzyście, że „wyciął” ważną w powieści scenę pogrzebu Dumbledore’a. Po pierwsze, moment, gdy wszyscy podnoszą w górę oświetlone różdżki, przeganiając w ten sposób mrok i zło, jest piękny i przejmujący. Po drugie, scena na wieży Hogwartu, gdy trójka przyjaciół patrzy na ukochane zamkowe mury i błonia, zdając sobie sprawę, że po wakacjach już do nich nie wróci jest znaczącym, symbolicznym znakiem „końca niewinności”. Hogwart jaki znamy, już nie istnieje, wraz z odejściem Dumbledore’a przestaje być opoką, schronieniem, przystanią. Harry de facto staje się bezdomny. I moment, w którym bodaj Hermiona mówi, patrząc na jezioro „Nigdy nie zdawałam sobie sprawy, jak tu jest pięknie” jest najlepszym dowodem zarówno utraty dzieciństwa, jak i rozpoczętego właśnie okresu tułaczki i bezdomności. Kto czytał ostatni tom cyklu, ten wie.

ziemiomorze

 

 

 

 

 

 

Ziemiomorze (Earthsea), reż. R. Liebermann, 2004 

 

Absurdalna i groteskowa profanacja cyklu Ursuli K. Le Guin, porównywalna jedynie z gwałtem, jaki uczyniono w Polsce na opowieści o Wiedźminie Sapkowskiego. Chaotyczny i bezsensowny bełkot, przykra dla oka kakofonia wątków, zdarzeń i postaci, sprawiająca wrażenie, jakby jej autor nawet nie wziął do ręki którejkolwiek z pozycji cyklu.

To jest tak złe i budzi takie zażenowanie, że tym razem stępię ostrze szyderstwa i zapuszczę zasłonę milczenia nad tym miniserialem. Ten wpis zamieszczam jedynie po to, by potecjalnych zainteresowanych odwieść od zamiaru nabycia rzeczonej pozycji i zmarnotrawienia na nią swojego czasu. Nie na darmo na IMDB padają takie określenia jak: „kompletna strata czasu i pieniędzy”, „najgorsza adaptacja, jaką widziałem”, „jak oni zdobyli fundusze na tę bzdetę”, „niewiarygodne w jaki sposób ten scenariusz mógł dostać zielone światło”. I tak dalej, i tak dalej.

Zdecydowanie, cykl o Ziemiomorzu czeka na swojego Petera Jacksona.

A. I jeszcze jedno: Ged, mroczny, niejednoznaczny Ged zdecydowanie nie powinien wyglądać jak hobbit:

ged

 

 

 

moomin

 

 

 

 

 

„Lato Muminków „(„Muumi ja vaarallinen juhannus” ), reż. Maria Lindberg, 2008

No cóż, na przekór moim wcześniejszym zachwytom i wygórowanym (może) oczekiwaniom, przedsięwzięcie pod nazwą „Lato Muminków” uważam niestety (chlip, chlip) za chybione. Przyznam uczciwie, że ten niedługi, jak na film pełnometrażowy, seans dłużył mi się niemiłosiernie i tylko, ziewając,  wypatrywałam końca projekcji.

Niespieszna narracja, która nieźle sprawdzała się w przypadku serialu animowanego z lat 70-tych (na podstawie krórego film został zrealizowany), tutaj zupełnie zawiodła. I mówię to ja, która będący produktem wyobraźni Tove Jansson świat uwielbia, zaś wzmiankowany wyżej serial oglądała z łezką w oku…

Całość jest po prostu nużąca i, co więcej, pozbawiona specyficznego poczucia humoru fińskiej pisarki (które w dużej mierze stanowi o wyjątkowości i powodzeniu cyklu) – by podać choć jeden przykład, tak z pamięci: Mimbla, starsza siostra małej Mi, nagabywana w książce przez rodzinę Muminków, czy naprawdę wierzy, że jej krzyki i nawoływania mjące przywołać niesforną siostrzyczkę przynoszą jakiekolwiek działania, odpowiada: „Nie. Ale przynajmniej mam czyste sumienie.” No i właśnie tej leciutkiej ironii, tego przymrużenia oka zupełnie w filmie nie ma.

Z plusów: świetna, klimatyczna narracja Krzysztofa Kowalewskiego. Sama animacja, odważna w tym sensie, że tak świadomie archaiczna, wzbudziła wśród odbiorców największe kontrowersje (vide dyskusja na Filmwebie) dla mnie jest OK. Nie wiem, czy to tęsknota za czasami mojego dzieciństwa, ale nawet ostentacyjna deziluzyjność pewnych rozwiązań animacyjnych ogromnie mi się podobała – kawa lejąca się dzbanka, czy wybuch wulkanu zrobione są tak umownymi środkami, że jest to aż rozczulające.

Przez swą naiwność, prostotę i czas trwania, film zdecydowanie przeznaczony dla najmłodszych dzieci.

 

„Dzielny Despero” („The Tale of Despereaux”), reż. S. Fell, R.Stevenhagen, 2008

Nie było tak źle, jak by się można po zwiastunie spodziewać:) Najbardziej mroczne i groteskowe sceny z ponurej książki Kate di Camillo zostały co prawda wycięte i zastąpione wielokrotnie powtarzanymi i  dość nużącymi deklaracjami tytułowego bohatera na temat godności, honoru, odwagi i kodeksu rycerskiego, lecz sedno historii i jej przesłanie zostało naruszone w bardzo niewielkim stopniu.

I dobrze, bo to właśnie opowieść jest najmocniejszą stroną tego filmu. Nie projekt plastyczny (udany jeśli chodzi o portret szczura Roscuro, postać Miggery Sow czy „warzywnego” kucharza  lecz zdecydowanie przesłodzony w tworzeniu obrazu  uroczych mysich pyszczków) a właśnie historia jest powodem, dla którego warto spędzić z dzieckiem te 1,5 godziny w kinie.

I bynajmniej nie Despero, rycerska mysz z gigantycznymi uszami jest najważniejszym bohaterem tej filmowej opowieści. Pamiętacie Ryczypiska z „Opowieści z Narnii”? No więc Despero jest momentami nawet bardziej wkurzający od tamtego walecznego gryzonia, w jeszcze większym stopniu jednowymiarowy i nudny z tym swoim „jestem dżentelmenem i mam misję”.

Postacią najważniejszą i w powieści di Camillo, i w filmie S. Fella/R.Stevenhagena, jest Roscuro, szczur inny niż wszystkie (swoją drogą deprecjacja tych stworzeń jako istot tchórzliwych, odrażających i godnych pogardy nie podobała mi się ani w książce, ani w filmie). Bohater, którego marzenia i chęć przekroczenia granic własnego gatunku, zostały w wyniku pechowego zbiegu okoliczności zdławione i odrzucone. Serce, złamane i potłuczone zrasta się powoli i krzywo, zaś decyzja o wybaczeniu i odkupieniu okazuje się najtrudniejsza w życiu. 

Historia szczura i jego splątane doświadczenie skrzywdzenia, tęsknoty i zemsty może być dla przeciętnego kilkulatka niedostępne ( a jeśli nawet i dostępne, to nie-przemyślane, nie-nazwane) – w tej sytuacji doskonałym rozwiązaniem jest obecność narratora, którego głos w kluczowych momentach filmu wyjaśnia młodemu odbiorcy psychologiczne zawiłości i motywacje postępowania poszczególnych bohaterów. Dla dorosłych może to trochę łopatologiczne lecz dzieciom, myślę, wiele rozjaśnia i uczy empatii.

Na koniec słów kilka o symbolice „Dzielnego Despero”. Sam fakt, że film daje podstawy ku temu, by o tym mówić, cieszy. Bo chyba niewiele jest historii gorszych niż te płaskie, jednowymiarowe? Symbolem najistotniejszym jest tu zapewne zupa. Nie jej smak jest tutaj najistotniejszy :) Zupa, danie najprostsze i nieskończenie wyrafinowane jednocześnie to symbol nadziei, radości życia, potrzeby tworzenia. A także przebudzenia, odnowy, wolności i co tam jeszcze w garze aromatycznej polewki dostrzeżecie…Miłego wąchania :)

 

 

Most do Terabithii (Bridge to Terabithia), reż. G. Csupo, 2007

Okładka płyty sugeruje, że mamy do czynienia z cudowną wyprawą w krainę fantazji, z kolejną barwną wersją „Kronik Narnijskich” czy „Nie kończącej się historii”. Nic bardziej mylnego. „Most do Terabithii”, adaptacja powieści Katharine Paterson, nie jest filmową baśnią fantasy. To raczej wyjątkowo prawdziwa i w dosadny sposób realna opowieść o rozterkach dojrzewania. O tym, że życie potrafi być upajająco piękne w jednej chwili, zaś w drugiej strzelić nam wyjątkowo paskudnego kopa w żołądek, aż zabraknie nam tchu z rozpaczy i szoku.

Krytycy zarzucają temu filmowi zbytnie podobieństwo do schematu fabularnego „Mojej dziewczyny”. Podobieństwo to jest jednak moim zdaniem jedynie powierzchowne – nie powiem, na czym dokładnie się opiera, by nie zdradzić szczegółów akcji. Podobnie jak w filmie Howarda Zieffa, parę głównych bohaterów stanowi dwójka dzieci ( z tym, że tutaj już raczej nastolatków u progu dorosłości), którą połączy podobne widzenie świata. Podobnie jak w „My Girl”, także i tu stroną bardziej przebojową, aktywną jest  dziewczyna, Leslie (doskonała, urocza Anna Sophia Robb, podobna nieco do młodziutkiej Natalie Portman). Jessie, jej nowy kolega jest zdecydowanie bardziej zahukany. Leslie to jedyna, ukochana córeczka pary zamożnych i dość swobodnie nastawionych do życia pisarzy, Jessie natomiast to chłopiec wychowywany w wielodzietnej rodzinie i  zaniedbywany emocjonalnie  przez kochających w sumie lecz zapracowanych rodziców, którzy próbują związać koniec z końcem prowadząc farmę, która nie przynosi specjalnych dochodów. Poza tym jest dziwny, prześladowany przez kolegów ze szkoły, którzy mają go za odmieńca i frajera. Ale Leslie też jest dziwna, inna. Jest zbyt twarda, niezależna i pewna siebie, by grać rolę szkolnej niedojdy, lecz nie ma przyjaciół. Obdarzona twórczą wyobraźnią zabierze Jessiego na wyprawę do alternatywnego świata, fascynującego i pełnego niebezpieczeństw. Prawdziwego czy wymyślonego? Zobaczycie.

Jest to jeden z tych filmów, które powodują ścisnięcie gardła. Mocno gra na emocjach, ale są to emocje prawdziwe i autentyczne. Nie szczędzi nam wzruszeń i łez, lecz nie będą to tylko tanie histeryczne pochlipywania. Pokazuje w szczegółach mechanizmy szkolnej przemocy, wskazując jednocześnie na fakt jak łatwo z kata stać się ofiarą, jak krucha w rzeczywistości jest każda społeczna i towarzyska hierarchia. Tym większe znaczenie ma niezależność i odwaga w budowaniu siebie, konstruowaniu własnych wewnętrznych światów – nie po to, by w nie uciekać, lecz po to, by wiedzieć kim się jest, by, jak  napisał Marek Grechuta, „rozpoznać siebie pośród śpiewu tłumu”.

Wielkie, poruszające, prawdziwe kino. Nie tylko dla nastolatków.

 

 

Koralina, reż Henry Selick, 2009

„Koralina” (wybaczcie ale będę unikać uparcie lansowanego w wersji polskiej tytułu „Koralina i tajemnicze drzwi”, nieudolnej kalki tytułów z serii „Harry Potter i …”) to adaptacja bestsellerowej powieści Neila Gaimana o tym samym tytule. Książki w mojej opinii przyzwoitej lecz niekoniecznie rewelacyjnej. Książki, którą film ewidentnie przyćmił. Nie znam wielu takich przypadków, kiedy adaptacja jest lepsza od literackiego oryginału (jednym z przykładów, które pamiętam jest chociażby poruszający  „Trzeci cud” Agnieszki Holland oparty na bardzo miernej powieści Richarda Vetere). A tutaj ekranizacja nie tylko opowiada, ilustruje książkę, co więcej, ona ją w twórczy i doskonale intuicyjny sposób rozwija i dopowiada.

Historia Koraliny, dziewczynki o dziwnym imieniu, które ludzie często przekręcają, nazywając ją pospolicie Karoliną zaczyna się w momencie  przeprowadzki z rodzicami do starego, dość zaniedbanego domu, zamieszkiwanego jedynie przez kilkoro dziwacznych sąsiadów: pana Bobinskiego, starca tresującego cyrkowe myszy oraz przez pannę Spink i pannę Forcible, emerytowane szansonistki. Brzmi ciekawie? Dla Koraliny niekoniecznie. Nie ma tu znajomych, wakacje się kończą, a rodzice, zajęci intensywną pracą nie mają dla niej czasu.  Dziewczynka z nudów przeczesuje dom w nadziei odkrycia czegoś ciekawego. Wkrótce rzeczywiście natrafi na coś interesującego: tajemnicze drzwiczki prowadzące do innego wymiaru, bliźniaczego świata, gdzie  jej matka zamiast stukać w laptop i odganiać ją od siebie gotuje dziewczynce pyszne, pachnące posiłki i zawsze znajduje dla niej czas, a ojciec, miast  ślęczeć nad komputerem w pracowni, gra na fortepianie piosenki napisane specjalnie dla Koraliny i uprawia piękny, pełen cudów ogród. Ta idylla  wkrótce okaże się jednak śmiertelną pułapką, z której Koralina będzie musiała wydostać nie tylko siebie….

W większości recenzji, które przeczytałam, krytycy przestrzegają przed zabieraniem na ten film mniejszych dzieci. Zgadzam się z tym ostrzeżeniem, choć wcale nie dlatego, że obraz taki straszny – dziecięce lęki zwykle dotyczą wcale nie tego, co my, dorośli, jesteśmy skłonni uznać za przerażające, natomiast bardzo często owijają się wokół spraw codziennych, dla nas zwyczajnych i zupełnie niegroźnych – odradzam zabieranie na „Koralinę” przedszkolaków  głównie dlatego, że to film zbyt skomplikowany, ze specyficzną narracją i jeszcze „specyficzniejszą” estetyką: to raczej animacja w stylu „Tria z Belleville” niż „Króla Lwa”. Jest perfekcyjna, olśniewająca lecz kanciasta i mroczna, dziecięcio- czy jedenastolatek to doceni, pięciolatek raczej nie. Swoją drogą, ostentacyjne porównywanie „Koraliny” z animacjami disneyowskimi na zdecydowaną niekorzyść tych drugich jest niepotrzebne: Disney, pomimo pewnej schematyczności i sztampowości swoich produkcji jest i pozostanie zasłużonym twórcą absolutnego kanonu filmowej produkcji dla dzieci, którego nie ma sensu moim zdaniem kontestować. O samej animacji poklatkowej i zaawansowanym morfingu, które zostały tu zastosowane, powiedziano już bardzo dużo, ja zaś chciałabym zwrócić uwagę na rewelacyjną, niepokojącą muzykę Bruno Coulais, kompozytora, którzy napisał ścieżkę dźwiękową do „Makrokosmosu”. Muzyki z tego filmu potrafiłam słuchać kiedyś godzinami…

Twórcom adaptacji powieści Gaimana ogromnie powiodła się jeszcze jedna rzecz,  zwykle  mocno ryzykowna, a mianowicie  modyfikacja literackiego oryginału: wprowadzanie w filmie nowych wydarzeń, obrazów, postaci. Zwykle powoduje to moją irytację, bo w większości takich przypadków, oprócz prawdopodobnej satysfakcji scenarzysty zadowolonego z własnej pomysłowości, film niewiele zyskiwał. Tutaj jest inaczej, nowe postacie, jak Wybie i jego babcia są doskonale wprowadzone w „gotowy” świat powieści Gaimana, odnajdują się w nim do tego stopnia, że aż dziw bierze, że ich w oryginale nie było. Dowodzi to naprawdę niesamowitej intuicji twórców filmu, która pozwala umiejętnie i z wyczuciem rozwijać nawet ledwie rozpoczęte wątki. Przyznam, że po raz pierwszy zdarza mi się mieć po projekcji kinowej poczucie, że literacki pierwowzór jest jedynie wersją roboczą i szkicem do prawdziwego i pełnego projektu, jakim jest film. Brawo. 

 

 

 

 

 

Reklamy
Lilypie 5th Birthday Ticker