You are currently browsing the category archive for the ‘DVD’ category.

lucy1

Kto z nas, będąc dzieckiem, nie odwlekał momentu pójścia spać? Nie szukał pretekstu, by jeszcze posiedzieć z rodzicami, pobawić się, by wreszcie – gdy już zmusili do nałożenia piżamy i wślizgnięcia się pod kołdrę – pomarzyć o dalekich podróżach, tajemniczych przygodach, zaskakujących niepodziankach zamiast nudnego snu?  Lucy, dziewczynka mieszkająca w sąsiedztwie ogrodu zoologicznego, jest zatem niewątpliwą szczęściarą. Co wieczór, już w piżamie, zanim jeszcze sen ją zmorzy, zsuwa się z okna swojej sypialni po dłuuugiej szyi żyrafy Georginy wprost do pogrążonego w miłym zmroku ogrodu swoich zwierzęcych przyjaciół. Wybiera się tam właściwie na krótką pogawędkę, przechodzacą zazwyczaj płynnie w spokojną opowieść, snutą za każdym razem przez inne zwierzątko. Nie są to zapierające dech w piersiach przygody, ot, na przykład historyjka o wspólnym zrywaniu jednego dojrzałego, wielkiego owocu z drzewa, co okazuje się dużo bardziej skomplikowane, niż można by się spodziewać.

Opowieść koi, uspokaja, usypia – Lucy, która słucha jej wygodnie umoszczona na kolanach niedźwiedzia czy grzbiecie słonia, pod koniec już praktycznie odpływa. Georgina odkłada ją, pogrążoną w słodkim śnie, do łóżka. 

Bardzo dobra propozycja na dobranoc. Jest pełna spokoju, ciepła, wyciszenia.

Osobiście bardzo lubię czołówkę tej animacji i melodyjną piosenkę przewodnią:

 

Reklamy

2424171

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Antologię kupiliśny już dawno i zdążyliśmy obejrzeć po wielekroć. Nie wiedziałam tylko (i w zasadzie nadal nie wiem),  jak właściwie pisać o tak bogatym i niejednorodnym zbiorze kilkudziesięciu animacji, odległych od siebie chronologicznie, tematycznie i plastycznie, jaki znaleźć dla nich wspólny mianownik, jednolitą formułę opisu.

Wybór 37 krótkometrażówek z sześćdziesięcioletniej historii polskiej animacji zgromadzony na 3 płytach DVD to wydawnictwo unikalne na polskim rynku. Nie znajdziecie tu w zasadzie  najpopularniejszych polskich kreskówek: takie postacie jak Reksio, Bolek i Lolek czy Pyza pojawiają się tylko raz, w pierwszych, powiedzielibyśmy dziś pilotażowych, odcinkach  swoich serii. Mamy więc szansę poznać innych, mniej znanych bohaterów i bardziej częstokroć dojrzałe małe formy filmowe.

Myśmy najchętniej i najczęściej oglądali płytę nr 2, chyba najodpowiedniejszą dla dziecka w wieku przedszkolnym. Jacka ulubione typy to pogodny „Piesek w kratkę” Zofii Ołdak, „Czarne czy białe” Wacława Wajsera, czy ascetyczny, wyrazisty „Nielotek” Łucji Mróz-Rajnoch. Wart uwagi jest na pewno film ” O największej kłótni” (jedna z 13 bajek o królestwie Lailonii L. Kołakowskiego) z rewelacyjną narracją nieżyjącego już niestety Zbigniewa Zapasiewicza i plastyką inspirowaną obrazami Bruegla. Nie mogę również nie wspomnieć o kompozytorach, autorach muzyki do prezentowanych w zbiorze animacji –  Krzysztofie Pendereckim czy  Jerzym „Dudusiu” Matuszkiewiczu.

„Antologia…” to dla mnie jeden z lepszych argumentów przeciwko teorii, że telewizja niszczy osobowość i wybraźnię młodego człowieka, uwstecznia go językowo i czyni zeń biernego, otępiałego somnabulika o zastygłym spojrzeniu. Wiele z tych krótkometrażówek jest bowiem absolutnie zachwycających plastycznie, formalnie, koncepcyjnie. Symbolicznych, wieloznacznych, zachęcających do dyskusji z dzieckiem, rozbudzających jego ciekawość i wyobraźnię, a nawet, jak w filmiku „Ostatnie zero” Anny Maliszewskiej, uczących abstrakcyjnego myślenia.

Nie sposób ani streścić, ani podsumować tego bogactwa w jednej notce. W miarę upływu czasu postaram się zamieszczać recenzje tych filmów z antologii, które nam spodobały się najbardziej. A, tych kontrowersyjnych bardziej także.

ziemiomorze

 

 

 

 

 

 

Ziemiomorze (Earthsea), reż. R. Liebermann, 2004 

 

Absurdalna i groteskowa profanacja cyklu Ursuli K. Le Guin, porównywalna jedynie z gwałtem, jaki uczyniono w Polsce na opowieści o Wiedźminie Sapkowskiego. Chaotyczny i bezsensowny bełkot, przykra dla oka kakofonia wątków, zdarzeń i postaci, sprawiająca wrażenie, jakby jej autor nawet nie wziął do ręki którejkolwiek z pozycji cyklu.

To jest tak złe i budzi takie zażenowanie, że tym razem stępię ostrze szyderstwa i zapuszczę zasłonę milczenia nad tym miniserialem. Ten wpis zamieszczam jedynie po to, by potecjalnych zainteresowanych odwieść od zamiaru nabycia rzeczonej pozycji i zmarnotrawienia na nią swojego czasu. Nie na darmo na IMDB padają takie określenia jak: „kompletna strata czasu i pieniędzy”, „najgorsza adaptacja, jaką widziałem”, „jak oni zdobyli fundusze na tę bzdetę”, „niewiarygodne w jaki sposób ten scenariusz mógł dostać zielone światło”. I tak dalej, i tak dalej.

Zdecydowanie, cykl o Ziemiomorzu czeka na swojego Petera Jacksona.

A. I jeszcze jedno: Ged, mroczny, niejednoznaczny Ged zdecydowanie nie powinien wyglądać jak hobbit:

ged

 

 

7114061_2 Artur i Minimki (Arthur et les Minimoys), reż, Luc Besson, 2006

Przyznam się, że z Luc’em Bessonem mam od jakiegoś czasu kłopot. No bo, dzięki jego starym filmom jak „Subway” czy „Wielki Błękit”, noszę w sobie przekonanie, że Besson wielkim reżyserem jest. Potem od „Piątego elementu” począwszy a skończywszy na „Angeli” wrażenie to blaknie i rozmywa się. I nawet nie to, że te filmy jakoś bardzo złe są. Nie. Są niezłe formalnie i nawet przyjemnie się je ogląda (choć w pamięci, mojej przynajmniej, pozostaje głównie Milla Jovovich w skąpym stroju zmontowanym z pomarańczowych pasków czy ujęcia czarno-białego Paryża w „Angeli”). A jednak „nie zachwycają”, nie uwodzą, nie każą o sobie mysleć jeszcze wiele godzin, dni, tygodni po projekcji.

Podobne wrażenie mam przy „Arturze i Minimkach”. No bo pierwsze, trudno nie docenić zaangażowania i odwagi Bessona przy realizacji tego projektu (wiele lat pracy, kupa kasy, ryzyko formalne etc.). Po drugie – gwiazdorska obsada: Mia Farrow, Freddie Highmore, dyżurna twarz współczesnego dziecięcego kina ( „Charlie i fabryka czekolady”, „Pięcioro dzieci i coś, „Kroniki Spiderwick”), Madonna, Snoop Dogg czy David Bowie. Po trzecie – przyzwoita animacja, naprawdę dobrze zestawiona i przenikająca się z częścią fabularną filmu. Po czwarte w końcu: legendarna francuska lekkość, filuterność, ironia i wdzięk. Wszystko fajnie, tyle, że składa się to razem w całość niestety przewidywalną i dość nużącą.

Sama historyjka jest raczej banalna: dziesięcioletni Artur (Freddie Highmore) mieszka w Connecticut ze swoją babcią (Mia Farrow) w dużym, pięknym domu z ogrodem. Jest środek lata i chłopiec właśnie obchodzi urodziny. Sielanka to jednak pozorna, bo rodzice Artura wyjechali gdzieś za chlebem, dziadunio Archibald był uprzejmy zaginąć bez wieści kilka lat przedtem, zostawiając rodzinie jedynie księgę pełną rysunków i wspomnień z Afryki oraz opowieści o ukrytym w ogrodzie mitycznym skarbie. Tak zdekompletowanej rodziny nie omijają poważne finansowe tarapaty, w wyniku których odpowiednie służby odłączają do uroczego domku dopływ prądu i sygnału telefonicznego. To make things worse, na dom i ziemię dybie paskudny deweloper, który chatynkę chce zburzyć i zaorać i na tym terenie postawić ordynarne betonowe bloki. Artur ma tylko 48 godzin, by powstrzymać wrednego przedsiębiorcę, odnaleźć zakopane w ogrodzie rubiny i ocalić dom i rodzinę przed zgoła niewesołym losem. W tym celu musi najpierw przeniknąć do mikroskopijnego świata tytułowych Minimków…

Nie trzeba być wielkim kinomanem, by podczas wędrówki Artura po krainie Minimków (a de facto wśród traw własnego ogrodu) odnaleźć tony literackich oraz filmowych inspiracji i zapożyczeń: przyuważymy tu m. in kalki z opowieści o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu, nawiązania do filmów „Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki”, „Wodne dzieci”, „Władca pierścieni”, „Gwiezdne wojny” czy „Harry Potter” (Maltazard, główny szwarccharakter, łączy w sobie cechy Saurona, Dartha Vadera oraz Voldemorta). Zapożyczenia te są mało subtelne, raczej bezpośrednie i jak dla mnie, dość irytujące.

Paradoksalnie, tym co  w mojej opinii  ratuje ten film, jest oryginalność i pewna odwaga w konstruowaniu alternatywnego świata. Film jest ewidentnie adresowany do dzieci, widz dorosły nie znajdzie tam dla siebie specjalnie dużo, a jednak świat Minimków daleki jest od baśniowego stereotypu. Księżniczka Selenia nie jest mdłą długowłosą dzieweczką na wysokiej wieży, lecz ponętną panienką z krągłym tyłeczkiem i dojrzałym, niepokojącym glosem Joanny Brodzik. Dziesięcioletni Artur przechodzi w ciągu kilkudziesięciu godzin chyba jakieś hiperekspresowe dojrzewanie psychiczne i seksualne, całując się namiętnie z księżniczką ze dwa jak nie trzy razy, a na końcu zawierając z nią związek małżeński. Pisałam „paradoksalnie” bo ten akurat wątek żeniaczki dziesięciolatka wywołał wśród widzów niejaką konsternację.  Warto także wspomnieć o dekadenckiej, zadymionej knajpie Maxa, gdzie słucha się starych winyli i leniwie popija zielonkawy wyskokowy napój (absynt?). Jestem przekonana, że w Polsce nakręcenie takiego filmu spotkałoby się z oporem, bo u nas dominuje przekonanie, że dobra bajka (fatalne słowo, BTW) to taka bez erotyki i, o matko bosko, bez przemocy. A że już mierna ona na przykład czy durna, o to mniejsza.

P.S. jeszcze w tym roku planowana jest premiera drugiej części historii Artura i Minimków, nosząca tytuł „Artur i zemsta Maltazarda”. Coś mi się widzi, że na skonsumowanie związku Selenia i Artur będą musieli jeszcze trochę poczekać…

 

Fucking Amal, reż L.Moodysson, 1998

Według Brytyjskiego Instytutu Filmowego jest to jeden (obok m. in. E.T. czy Czarnoksiężnika z Krainy Oz) z pięćdziesięciu dzieł filmowych, które należy obejrzeć  przed czternastym rokiem życia. Dla bardziej konserwatywnych kinomanów nominacja być może  kontrowersyjna, bo film opowiada o homoseksualnym uczuciu dwóch nastolatek.

Agnes, pierwsza z nich, jest osamotniona i wycofana, utrzymuje kontakty jedynie z niepełnosprawną koleżanką z klasy. Przyjaźń, która je łączy jest zresztą pozorna, obie  skrycie sobą pogardzają, każda z innego powodu. Elin wydaje się być z kolei przeciwieństwem Agnes – towarzyska, piękna, popularna. I… pokręcona. Zmęczona, sfrustrowana i szalona jednocześnie. Na początku właściwie nie wiemy z jakiego powodu. Widzimy jedynie szarpiącą się bez sensu nastolatkę, rozdartą miedzy nagłymi, często sprzecznymi impulsami. Poszukującą intensywnych wrażeń, czy to będących efektem zakochania się, czy to spowodowanych połączeniem alkoholu i lekarstw wyciągniętych z rodzicielskiej apteczki. Jej niepokój nie jest typowy dla mieszkańców prowincjonalnego Amal. „Zawsze chcesz czegoś więcej.Nigdy nie jesteś zadowolona.” – mówi z urazą starsza siostra Elin, Jessica.

Tytułowe Amal (pieprzone Amal) to bowiem prowicjonalna mieścina, uniwersalny symbol zadupia w ogóle. Zadupia w sensie mentalnym raczej niż geograficznym, miejsca, w którym akceptacja zastanej rzeczywistości jest czymś absolutnie naturalnym. Przestrzeni, w której „chcenie czegoś więcej” jest czymś niezrozumiałym, zaś schematyczność świata  poszatkowanego w zgrabne stereotypy w rodzaju  „faceci znają się na sporcie i na komórkach, zaś dziewczyny na makijażu” rzeczą zupełnie oczywistą.  Na tym tle bunt Elin to coś więcej niż miotanie się niezrównoważonej psychicznie czternastolatki. Ze sceny na scenę bezmyślność otaczającego Elin towarzystwa wydaje się coraz wyraźniejsza i nie łagodzi jej nawet sympatyczna w gruncie rzeczy i poniekąd wzruszająca postać zakochanego w dziewczynie Johana. Także kwietyzm  i rezygnacja pani Olssen, matki Jessiki i Elin, apatycznie oglądającej wieczorne losowanie nagród (sama nigdy nie zagra) jest dość dojmująca.

Co ma do tego homoseksualizm? Jest kolejnym znakiem inności. Elin bowiem stopniowo odkrywa, że niezauważana przez nią do tej pory Agnes coraz bardziej ją pociaga. Krystalizowanie się niej homoseksualnej tożsamości jest odkryciem wstydliwym i wymagającym natychmiastowego wyparcia. Przy okazji – żegnaj micie o skandynawskiej humanistycznej tolerancji! Towarzystwo z Amal jest prawdopodobnie tak samo homofobiczne jak społeczność, dajmy na to, Kartuz czy Zduńskiej Woli. Przyznanie się do bycia „lesbą” oznacza dokładnie taki sam społeczny ostracyzm. Czy Elin zdecyduje się odrzucić powierzchowną popularność ( na której nota bene coraz mniej jej zależy) i zamanifestować oficjalnie swoje skłonności? Odpowiedź nie jest wcale taka oczywista.

Myliłby się ten, kto by założył, że  film Moodyssona jest jakąkolwiek propagandą homoseksualizmu (BTW, czy w ogóle preferencje seksualne można „rozpropagować”?). Temat podjęty jest tu subtelnie i z dużym wyczuciem, a jednocześnie bez zbędnej pruderii. Na uwagę zasługuje nie tylko konstrukcja dwóch głównych bohaterek (fenomenalne Rebecka Liljeberg i Alexandra Dahlstrom) lecz również autentyczność i psychologiczna wiarygodność całej galerii postaci drugoplanowych: Jessiki, Johana, Marcusa, rodziców Agnes, matki Elin  czy kalekiej koleżanki na wózku.

Naprawdę dobry film, świetny debiut Moodyssona, zasłużony zdobywca nagród festiwali filmowych w Berlinie, Karlovych Varach czy Walencji. Polecam.

 

 

 Eliasz mały stateczek (Elias), reż.E.Fyksen, 2005

Ileż mieliśmy już gadających aut, koparek, dźwigów, spychaczy, pociągów, samolotów, helikopterów i innego żelastwa? Multum, multum – „Bob Budowniczy”, „Tomek i przyjaciele”, „Zawiadowca Ernie”, „Bodzio mały helikopter”, „Finley wóz strażacki” i inni. Pomysł nośny i jak widać, eksploatowany do oporu.

„Eliasz”, norweska animacja z 2005 roku, na pozór niewiele się różni od wyżej wymienionych produkcji. To, co wyróżnia historię małego statku ratunkowego ze skandynawskiego fiordu, to fenomenalna plastyka tej kreskówki. Tak doskonale zrealizowanej animacji dawno nie widziałam. Po pierwsze, świetna scenografia, nawet bez efektów 3D byłaby rewelacyjna. Miła Zatoczka jest rzeczywiście miła i przytulna, wciśnięta między ściany wysokich fiordów, otoczona typowymi skandynawskimi drewnianymi domkami (jak ktoś lubi takie klimaty, będzie stękał z zachwytu). Po drugie realistyczna, w najlepszym sensie tego słowa, stary kuter naprawdę wygląda na stary i zardzewiały (aż widać plamy rdzy na burtach statku), a woda, to co oni zrobili z wodą, przyprawiło mnie o absolutny opad szczęki. Rewelacja – ruch fal, sposób, w jaki ich powierzchnię kształtuje wiatr czy przepływający statek, refleksy świetlne – coś niesamowitego. Nic dziwnego, że w 2006 roku serial został nominowany do nagrody Emmy.

Forma – czyli rewelacyjny projekt plastyczny i zaawansowana animacja komputerowa z efektami 3D przyćmiewa tutaj  trochę treść, która podobnie jak w innych tego rodzaju historyjkach, jest dość typowa: oto niedoświadczony ale gorliwy adept swojej sztuki ofiarnie wykonuje swoje codzienne zadania, ucząc się przy tym, zdobywając doświadczenie i przyjaciół. Sympatyczne i pouczające lecz niezbyt odkrywcze. Niemniej sposób, w jaki to wszystko zastało pokazane, naprawdę zasługuje na to, by zapoznać się z tą kreskówką. Jedyne zastrzeżenie jakie mam, skierowane jest do polskiego dystrybutora, firmy Monolith Video, który tak dobrą animację zarżnął brakiem polskiego dubbingu.  Teksty czyta tylko lektor, przy czym musi przekrzykiwać oryginalny norweski tekst, nawet piosenka w czołówce każdego odcinka odczytywana jest beznamiętnym glosem lektora ( a w tle oczywiście gra stosowne umpsa, umpsa). Szkoda. Taki kawał porządnej roboty zasługiwałby na lepsze potraktowanie.

 

 

Most do Terabithii (Bridge to Terabithia), reż. G. Csupo, 2007

Okładka płyty sugeruje, że mamy do czynienia z cudowną wyprawą w krainę fantazji, z kolejną barwną wersją „Kronik Narnijskich” czy „Nie kończącej się historii”. Nic bardziej mylnego. „Most do Terabithii”, adaptacja powieści Katharine Paterson, nie jest filmową baśnią fantasy. To raczej wyjątkowo prawdziwa i w dosadny sposób realna opowieść o rozterkach dojrzewania. O tym, że życie potrafi być upajająco piękne w jednej chwili, zaś w drugiej strzelić nam wyjątkowo paskudnego kopa w żołądek, aż zabraknie nam tchu z rozpaczy i szoku.

Krytycy zarzucają temu filmowi zbytnie podobieństwo do schematu fabularnego „Mojej dziewczyny”. Podobieństwo to jest jednak moim zdaniem jedynie powierzchowne – nie powiem, na czym dokładnie się opiera, by nie zdradzić szczegółów akcji. Podobnie jak w filmie Howarda Zieffa, parę głównych bohaterów stanowi dwójka dzieci ( z tym, że tutaj już raczej nastolatków u progu dorosłości), którą połączy podobne widzenie świata. Podobnie jak w „My Girl”, także i tu stroną bardziej przebojową, aktywną jest  dziewczyna, Leslie (doskonała, urocza Anna Sophia Robb, podobna nieco do młodziutkiej Natalie Portman). Jessie, jej nowy kolega jest zdecydowanie bardziej zahukany. Leslie to jedyna, ukochana córeczka pary zamożnych i dość swobodnie nastawionych do życia pisarzy, Jessie natomiast to chłopiec wychowywany w wielodzietnej rodzinie i  zaniedbywany emocjonalnie  przez kochających w sumie lecz zapracowanych rodziców, którzy próbują związać koniec z końcem prowadząc farmę, która nie przynosi specjalnych dochodów. Poza tym jest dziwny, prześladowany przez kolegów ze szkoły, którzy mają go za odmieńca i frajera. Ale Leslie też jest dziwna, inna. Jest zbyt twarda, niezależna i pewna siebie, by grać rolę szkolnej niedojdy, lecz nie ma przyjaciół. Obdarzona twórczą wyobraźnią zabierze Jessiego na wyprawę do alternatywnego świata, fascynującego i pełnego niebezpieczeństw. Prawdziwego czy wymyślonego? Zobaczycie.

Jest to jeden z tych filmów, które powodują ścisnięcie gardła. Mocno gra na emocjach, ale są to emocje prawdziwe i autentyczne. Nie szczędzi nam wzruszeń i łez, lecz nie będą to tylko tanie histeryczne pochlipywania. Pokazuje w szczegółach mechanizmy szkolnej przemocy, wskazując jednocześnie na fakt jak łatwo z kata stać się ofiarą, jak krucha w rzeczywistości jest każda społeczna i towarzyska hierarchia. Tym większe znaczenie ma niezależność i odwaga w budowaniu siebie, konstruowaniu własnych wewnętrznych światów – nie po to, by w nie uciekać, lecz po to, by wiedzieć kim się jest, by, jak  napisał Marek Grechuta, „rozpoznać siebie pośród śpiewu tłumu”.

Wielkie, poruszające, prawdziwe kino. Nie tylko dla nastolatków.

 

 

Tomek i Tunia (Telmo and Tula), 2006, Motions Pictures/Anera Films

Jacek wydłubał dziś tę płytę (dołączoną do magazynu „Dziecko” chyba w grudniu ubiegłego roku) ze stosu DVD i obejrzał w całości. Nie po raz pierwszy zresztą, w okolicach Bożego Narodzenia niemal się od niej uzależnił :).

 

Wybór dziecięcych programów o gotowaniu jest dość spory, moim ( i Jacka ) ulubionym był na przykład  „Kucharz duży, kucharz mały” wyświetlany swego czasu na kanale Cbeebies.  „Tomek i Tunia” ( w oryginale „Telmo and Tula”), mało znana w Polsce hiszpańska kreskówka, pewnie bardziej sposoba się dzieciom, niż dorosłym. Przepisy są proste, łatwe do wykonania nawet przy współudziale średnio utalentowanych kulinarnie rodziców, zaś akcja i dialogi poprowadzone są żywo i zabawnie. Jacka na przykład ogromnie śmieszyło roztrzepanie i absurdalne konsekwencje pomyłek Tomka. Moją uwagę przykuł głównie nietypowy projekt plastyczny i scenografia tej animacji: dwoje małych kucharzy ma przepastne, nienaturalnie rozszerzone (jak po atropinie) źrenice, kuchnia, w której przygotowują swoje dania, jest uroczo staroświecka, z oldskulowym kredensem i lodówką w stylu retro, zaś całość przypomina książeczkę z rozkładanymi obrazkami: postacie są ostentacyjnie dwuwymiarowe – gdy  Tomek lub Tunia (lub ich tajemniczo milczący dziadek) odwrócą się bokiem do ekranu, widać, że są płascy jak naleśnik, przypominają papierowe wycinanki. Nawet fajne i pomysłowe te ograniczenie formy.

 

Dodatkową ciekawą rzeczą jest związana z tą kreskówką bogata strona internetowa www.telmoandtula.com, gdzie nie tylko można odnaleźć przepisy na dania, które nas zainteresowały, lecz również zalogować się i dodać swoje. Ustaliliśmy z Młodym, że w najbliższym czasie zrobimy sobie pizzę z mozzarellą i bazylią. Mniam.

Reklamy
Lilypie 5th Birthday Ticker