You are currently browsing the category archive for the ‘Premiery’ category.

 

magiczneMagiczne drzewo, reż. A. Maleszka, 2009

Film Andrzeja Maleszki widzieliśmy już dawno, tuż po premierze. Nie pisałam o nim jak dotąd z dwóch powodów: pierwszy to nasze ostatnie olśnienie filmami Hayao Miyazaki’ego („Mój sąsiad Totoro”, „Nausicaa z Doliny Wiatru”, „Spirited away„), które nam trochę „Magiczne drzewo” przyćmiły. Drugi powód, to swoista niepewność, jak o tym filmie pisać. O filmie, który jest tak całkowicie dla dzieci: bez ukrytych znaczeń, podtekstów, drugiego dna. O filmie tak prostym. Nieprzeładowanym. I jak uniknąć pułapki powtarzalności, w którą wpada spora grupa krytyków – większość czytanych przeze mnie recenzji była uderzająco do siebie podobna, no może poza wypowiedziami prasowymi Wojciecha Orlińskiego, który nieco podniósł emocjonalny ton ogólnie bardzo pozytywnych lecz dziwnie bezpłciowych opinii wypowiadanych przez innych dziennikarzy, określając dzieło Maleszki jako    „wybitne na tle produkcji światowej„.

Magiczne drzewo” jest w zasadzie niczym innym, jak jeszcze jednym, tym razem pełnometrażowym odcinkiem głośnego, uhonorowanego nagrodą Emmy, serialu pod tą samą nazwą. Tytułowy dąb zostaje powalony przez ogromną burzę z piorunami i  przewieziony do tartaku; z drewna zostaje wykonanych wiele niewinnych na pozór przedmiotów: sanki, kostka do gry, szafa – wszystko obdarzone niezwykłą, magiczną mocą. No i krzesło, posiadające tę czarodziejską właściwość, że ilekroć ktokolwiek usiadłszy na nim wypowie jakieś życzenie, niechybnie się ono spełni. Czerwone siedzisko pojawia się nagle pewnego letniego dnia w życiu pięcioosobowej rodziny i wleczone trochę siłą bezwładu za sobą, najpierw spełnia życzenie nieświadomych niczego dzieci dotyczące dostawy świeżej pizzy (za którą nawet nie trzeba płacić), a potem, niestety, życzenie straszliwej ciotuni ( w tej roli Hanna Śleszyńska), której pragnieniem jest ni mniej ni więcej tylko to, by niezaradni życiowo rodzice całej trójki ( role Agnieszki Grochowskiej i Andrzeja Chyry) przyjęli lukratywną propozycję pracy w orkiestrze na luksusowym statku podczas jego całorocznego rejsu. Mówisz i masz, magia działa – ogarnięci amokiem rodzice w pośpiechu pakują manatki i głusi na przerażenie i protesty potomstwa pozostawiają je pod opieką strasznej cioteczki ( w tym momencie seansu moje dziecko rozchlipało się okropnie, zaklinając mnie, bym go nigdy nie tak zostawiła…).

Trójce pozostawionej pod opieką niesympatycznej ciotki-karierowiczki, mieszkającej w ascetycznie urządzonym i przeraźliwie czystym domu, nie zostaje nic innego, jak próbować odwrócić czar – to jest złapać statek rodziców w kolejnym porcie i, ponownie używając krzesła, wypowiedzieć następne życzenie, mające ogłupiałych czarem mamę i tatę przywrócić na łono rodziny. Na przeszkodzie Tosi, Filipowi i Kukiemu staje jednak demoniczny szczudlarz-cwaniaczek (który poznał tajemnicę krzesła ) oraz ciotka, która jednakże dość łatwo zostaje spacyfikowana za pomocą jednego, prostego życzenia….

Jak pisałam na początku – i wcale nie jestem w tym oryginalna- jest to w najlepszym znaczeniu tego słowa,  film typowo dla dzieci. Maleszka nie przemyca do swojej opowieści niczego, czego kilkulatek by nie zrozumiał, nie odczuł. Efekty specjalne są oczywiście obecne, natomiast funkcjonują w dziwnie „przezroczysty” sposób, tak, że budują atmosferę cudowności, nie istnieją dla siebie samych. Dzieci podczas projekcji „Magicznego Drzewa” pokrzykują, nawołują, płaczą i się śmieją. Głośno. Natomiast widz dorosły reaguje trochę inaczej. Nawet dorośli, profesjonalni aktorzy grają w filmie inaczej. Jakby gorzej. Nieprzekonująco, mdło – w przeciwieństwie do dziecięcych amatorów. Zastanawiałam się dlaczego.  Chyra i Grochowska to przecież nie Mroczek ani Cichopek, a grają nijak. Myślę, że „winny” jest temu scenariusz, dostosowany do odczuć i wyobrażeń dziecka. Dlatego trudno winić dwoje doświadczonych, niezłych aktorów, że nie potrafili wydobyć wiele z nieprzekonujących, słabo zarysowanych postaci scenariusza. Bezwolna matka trojga dzieci, bojąca się własnej siostry jak złego ducha, bierny ojciec – niespecjalnie to przekonujące. I do tego to zapomnienie o dzieciach pod wpływem czarów, obojętność, nawet wrogość. Jako widz dorosły i Matka Polka potwierdzam  – nie istnieje na świecie taka magia, która sprawiłaby, że przestałabym kochać swoje dziecko. Howgh.

Reklamy
kot w butachPrawdziwa historia kota w butach (La veritable histoire de Chat Botte), reż. Jerome Deschamps, 2009

To wcale nie jest aż tak złe, jak o tym piszą. To prawda, są mielizny scenariuszowe, całość jest dziwaczna i chwilami nużąca. Niemniej mam obawy, że najbardziej temu filmowi zaszkodziło przedobrzone polskie tłumaczenie i dialogi pełne topornych, wtłaczanych na siłę odniesień do polskiej popkultury – „Tańca z gwiazdami”, Dody, braci Mroczków, a nawet – czyżby mnie słuch mylił? – najbardziej kontrowersyjnej polskiej aktorki ostatnich miesięcy, czyli Anny Cugier-Kotki. Kilka tego rodzaju żartów byłoby OK, natomiast zbombardowanie tej krótkiej, siedemdziesięciominutowej animacji goniącymi jeden za drugim nibyzabawnymi pseudodowcipami jest niczym innym jak trywialnym i leniwym pójściem po linii najmniejszego oporu ( i co najgorsze, zupełnie niecelnym,  jako że małoletnia widownia zupełnie  nie chwyta tych „pudelkowych” rewelacji). A szkoda, bo oryginalny materiał wydaje się być nie najgorszy. Animacja jest niewątpliwie udana i nowoczesna, scenografia rewelacyjna (szczególnie konstrukcja wiatraka oraz dizajnerskie wnętrze zamku ogra), kupleciki śpiewane przez Marię Peszek i Borysa Szyca niczego sobie, zaś całość niewątpliwie oryginalna.

Nie mogę też nie wspomnieć o tym, że ta lekko groteskowa adaptacja baśni Charlesa Perraulta ogromnie podobała się mojemu dziecku. I choć nie podzielam jego żywiołowej fascynacji awangardową postacią Kota ( wizja postaci ewidentnie zerżnięta z fenomenalnej kreacji Johnny’ego Deppa jako Jacka Sparrowa), to chcąc nie chcąc muszę zaliczyć uznanie mojego syna na poczet plusów tej animacji. W końcu i on jest tu recenzentem, no nie?

luna 

 

 

 

 

 

 

 

Harry Potter i Książę Półkrwi (Harry Potter and the Half-Blood Prince), reż David Yates, 2009

Niezła, naprawdę niezła ekranizacja szóstego tomu cyklu J. K. Rowling. Dojrzała i przemyślana, z bohaterami, którzy nie są już dziećmi: Harry (Daniel Radcliffe) co prawda ciągle wygląda trochę chłopczykowato, ale Ron (Rupert Grint) czy Draco Malfoy (Tom Felton) już wcale nie –  i obaj mają duże szanse wypchnięcia Roberta Pattinsona czy lazurowookiego Zaca Efrona z nastoletnich serc dziewczęcej widowni.

Mam na myśli nie tylko fizyczną dojrzałość. Harry, po starciu w Departamencie Tajemnic, poznał już swoje przeznaczenie, Draco, sterroryzowany przez Voldemorta, pozbawiony wpływowego ojca, za którego plecy może się schować, ma do wykonania okrutne, przerastające go zadanie. Ron  i Hermiona natomiast prezentują nam zabawną, niepozbawioną ciepła, pełną łez, tęsknoty, zazdrości i wybuchów furii erotyczną grę uczuć. Tym samym film precyzyjnie trafia w określony target, czyli do mentalności i emocji nastoletniej widowni. Nie dziwię się przy tym uznaniu, jakim niespodziewanie obdarzył ten film Watykan: erotyczne relacje i fascynacje ukazane są bowiem w świetle wyjątkowo niewinnym, subtelnym i czystym. Dowód na to, że nie trzeba pokazywać tarzających się po ziemi kochanków, wpijających się sobie nawzajem w usta, by rozpalić wyobraźnię i emocje tej części widowni….

Oczywiście, szósty rok nauki w Hogwarcie nie tylko romansami stoi. Draconowi one w ogóle nie w głowie, bo chłopak niemal nic innego nie robi, jak próbuje wykonać zadanie, które powierzył mu Czarny Pan (brawo dla scenarzysty, który młodemu Malfoyowi poświęcił sporo miejsca, pokazując jego głęboką samotność, zwierzęcy strach i wyobcowanie). Harry (w chwilach, gdy nie marzy o Ginny Weasley), wspólnie z Dumbledorem okrywa przeszłość Voldemorta, szczególną uwagę przykładając do tajemniczo zdobytej kiedyś przez najsłynniejszego Ślizgona  wiedzy na temat zlowieszczych horkruksów.

Atutem potterowych ekranizacji było i jest znakomite aktorstwo – udział Maggie Smith, Alana Rickmana, Emmy Thompson, Kennetha Branagha, Ralpha Fiennesa, Helen Bonham-Carter i innych gwarantował doskonałe, świetnie zagrane widowisko. Nie inaczej jest i w „Księciu Półkrwi” – Rickman w roli Snape’a jest jak zwykle fenomenalny, Tom Felton dojrzały i przekonujący, Rupert Grint wreszcie nie robi idiotycznych min głupawego wesołka, zaś Evanna Lynch ze swoim omdlewającym glosem i błędnym wzrokiem jest najlepszą Luną, jaką mogłam sobie wyobrazić ( a mogłam, bo samotna i zbzikowana, a przy tym dziwnie pogodna Luna jest moją ulubioną postacią całego cyklu).

Na tym pięknym i umiejętnie tkanym filmowym gobelinie znajdą się również, niestety, supły i dziury: największą z nich i zupełnie niezrozumiałą jest scena ataku śmierciożerców na Norę, chaotyczna i bezsensowna sekwencja, z której nic zupełnie dla filmu nie wynika. Tych kilka minut spokojnie można było poświęcić choćby na pominięty zupełnie wątek Meropy, matki Toma Riddle’a. Drugi zgrzyt to  kreacja Ginny: postać grana przez śliczną i fizycznie pasującą do roli Weasleyówny Bonnie Wright jest dziwnie mdła i rozlazła – a scena z zawiązywaniem butów Harry’emu przyprawiła mnie o opad szczęki i wewnętrzne what the fuck?. Książkowa Ginny nie jest przecież łagodnym, usłużnym dziewczęciem –  rzuca upiorogacki, świetnie gra w quidditcha i chodzi na randki, z kim chce.

Nie mam natomiast za złe scenarzyście, że „wyciął” ważną w powieści scenę pogrzebu Dumbledore’a. Po pierwsze, moment, gdy wszyscy podnoszą w górę oświetlone różdżki, przeganiając w ten sposób mrok i zło, jest piękny i przejmujący. Po drugie, scena na wieży Hogwartu, gdy trójka przyjaciół patrzy na ukochane zamkowe mury i błonia, zdając sobie sprawę, że po wakacjach już do nich nie wróci jest znaczącym, symbolicznym znakiem „końca niewinności”. Hogwart jaki znamy, już nie istnieje, wraz z odejściem Dumbledore’a przestaje być opoką, schronieniem, przystanią. Harry de facto staje się bezdomny. I moment, w którym bodaj Hermiona mówi, patrząc na jezioro „Nigdy nie zdawałam sobie sprawy, jak tu jest pięknie” jest najlepszym dowodem zarówno utraty dzieciństwa, jak i rozpoczętego właśnie okresu tułaczki i bezdomności. Kto czytał ostatni tom cyklu, ten wie.

iage3

 

 

 

 

 

 

 Epoka lodowcowa 3: Era dinazaurów (Ice Age 3 : Dawn of the Dinosaurs), reż. Carlos Santanha, 2009

 

 

Trzecia część przygód mamuta Mańka ( i jego towarzyszki Eli), tygrysa szablozębnego Diego oraz leniwca Sida. Maniek i Ela oczekują narodzin małego mamuciątka (on dużo bardziej nerwowo niż ona), Sid snuje się jak zwykle w poszukiwaniu swojego miejsca, zaś Diego czuje, że rodzinna sielanka stępiła mu zęby i pazury oraz odebrała instynkt łowcy. Stado się rozpada, skoncentrowany na rodzinnym szczęściu Maniek buduje zamknięty plac zabaw dla potomka, Diego odchodzi, a leniwiec znajduje 3 porzucone (tak mu się przynajmniej wydaje) jaja dinozaura i postanawia przejąć nad nimi pieczę. Nie mija jednak nawet jeden dzień, jak po to, co się z jajek wykluło powraca ich prawdziwa rodzicielka, gigantyczna przedstawicielka gatunku Tyranosaurus Rex…

Film realizacyjnie dużo lepszy od poprzednich (pościg Diego za jeleniem – rewelacyjny), natomiast zdecydowanie słabszy jeśli chodzi o pomysły, humor i świeżość. Wrzucenie do fabuły supermodnych dinozaurów niespecjalnie pomogło. Fabuła nie jest ani śmieszna, ani smutna (ach, gdzie ta piękna, przejmująca scena w jaskini z malowidłami w pierwszej części trylogii?) ani nawet szczególnie zajmująca. Ot, da się obejrzeć, i tyle. Największa frajda spotka chyba maloletnich wielbicieli dinozaurów, natomiast dorosły widz poczuje się raczej znużony wtórnymi zapożyczeniami z Gwiezdnych Wojen ( sposób okiełznania złowieszczego dinozaura Rudiego czy  kreacja Bucka, wojowniczej łasicy).

Generalnie  – dość słabiutko, niestety.

 

 

moomin

 

 

 

 

 

„Lato Muminków „(„Muumi ja vaarallinen juhannus” ), reż. Maria Lindberg, 2008

No cóż, na przekór moim wcześniejszym zachwytom i wygórowanym (może) oczekiwaniom, przedsięwzięcie pod nazwą „Lato Muminków” uważam niestety (chlip, chlip) za chybione. Przyznam uczciwie, że ten niedługi, jak na film pełnometrażowy, seans dłużył mi się niemiłosiernie i tylko, ziewając,  wypatrywałam końca projekcji.

Niespieszna narracja, która nieźle sprawdzała się w przypadku serialu animowanego z lat 70-tych (na podstawie krórego film został zrealizowany), tutaj zupełnie zawiodła. I mówię to ja, która będący produktem wyobraźni Tove Jansson świat uwielbia, zaś wzmiankowany wyżej serial oglądała z łezką w oku…

Całość jest po prostu nużąca i, co więcej, pozbawiona specyficznego poczucia humoru fińskiej pisarki (które w dużej mierze stanowi o wyjątkowości i powodzeniu cyklu) – by podać choć jeden przykład, tak z pamięci: Mimbla, starsza siostra małej Mi, nagabywana w książce przez rodzinę Muminków, czy naprawdę wierzy, że jej krzyki i nawoływania mjące przywołać niesforną siostrzyczkę przynoszą jakiekolwiek działania, odpowiada: „Nie. Ale przynajmniej mam czyste sumienie.” No i właśnie tej leciutkiej ironii, tego przymrużenia oka zupełnie w filmie nie ma.

Z plusów: świetna, klimatyczna narracja Krzysztofa Kowalewskiego. Sama animacja, odważna w tym sensie, że tak świadomie archaiczna, wzbudziła wśród odbiorców największe kontrowersje (vide dyskusja na Filmwebie) dla mnie jest OK. Nie wiem, czy to tęsknota za czasami mojego dzieciństwa, ale nawet ostentacyjna deziluzyjność pewnych rozwiązań animacyjnych ogromnie mi się podobała – kawa lejąca się dzbanka, czy wybuch wulkanu zrobione są tak umownymi środkami, że jest to aż rozczulające.

Przez swą naiwność, prostotę i czas trwania, film zdecydowanie przeznaczony dla najmłodszych dzieci.

 

„Dzielny Despero” („The Tale of Despereaux”), reż. S. Fell, R.Stevenhagen, 2008

Nie było tak źle, jak by się można po zwiastunie spodziewać:) Najbardziej mroczne i groteskowe sceny z ponurej książki Kate di Camillo zostały co prawda wycięte i zastąpione wielokrotnie powtarzanymi i  dość nużącymi deklaracjami tytułowego bohatera na temat godności, honoru, odwagi i kodeksu rycerskiego, lecz sedno historii i jej przesłanie zostało naruszone w bardzo niewielkim stopniu.

I dobrze, bo to właśnie opowieść jest najmocniejszą stroną tego filmu. Nie projekt plastyczny (udany jeśli chodzi o portret szczura Roscuro, postać Miggery Sow czy „warzywnego” kucharza  lecz zdecydowanie przesłodzony w tworzeniu obrazu  uroczych mysich pyszczków) a właśnie historia jest powodem, dla którego warto spędzić z dzieckiem te 1,5 godziny w kinie.

I bynajmniej nie Despero, rycerska mysz z gigantycznymi uszami jest najważniejszym bohaterem tej filmowej opowieści. Pamiętacie Ryczypiska z „Opowieści z Narnii”? No więc Despero jest momentami nawet bardziej wkurzający od tamtego walecznego gryzonia, w jeszcze większym stopniu jednowymiarowy i nudny z tym swoim „jestem dżentelmenem i mam misję”.

Postacią najważniejszą i w powieści di Camillo, i w filmie S. Fella/R.Stevenhagena, jest Roscuro, szczur inny niż wszystkie (swoją drogą deprecjacja tych stworzeń jako istot tchórzliwych, odrażających i godnych pogardy nie podobała mi się ani w książce, ani w filmie). Bohater, którego marzenia i chęć przekroczenia granic własnego gatunku, zostały w wyniku pechowego zbiegu okoliczności zdławione i odrzucone. Serce, złamane i potłuczone zrasta się powoli i krzywo, zaś decyzja o wybaczeniu i odkupieniu okazuje się najtrudniejsza w życiu. 

Historia szczura i jego splątane doświadczenie skrzywdzenia, tęsknoty i zemsty może być dla przeciętnego kilkulatka niedostępne ( a jeśli nawet i dostępne, to nie-przemyślane, nie-nazwane) – w tej sytuacji doskonałym rozwiązaniem jest obecność narratora, którego głos w kluczowych momentach filmu wyjaśnia młodemu odbiorcy psychologiczne zawiłości i motywacje postępowania poszczególnych bohaterów. Dla dorosłych może to trochę łopatologiczne lecz dzieciom, myślę, wiele rozjaśnia i uczy empatii.

Na koniec słów kilka o symbolice „Dzielnego Despero”. Sam fakt, że film daje podstawy ku temu, by o tym mówić, cieszy. Bo chyba niewiele jest historii gorszych niż te płaskie, jednowymiarowe? Symbolem najistotniejszym jest tu zapewne zupa. Nie jej smak jest tutaj najistotniejszy :) Zupa, danie najprostsze i nieskończenie wyrafinowane jednocześnie to symbol nadziei, radości życia, potrzeby tworzenia. A także przebudzenia, odnowy, wolności i co tam jeszcze w garze aromatycznej polewki dostrzeżecie…Miłego wąchania :)

 

 

Koralina, reż Henry Selick, 2009

„Koralina” (wybaczcie ale będę unikać uparcie lansowanego w wersji polskiej tytułu „Koralina i tajemnicze drzwi”, nieudolnej kalki tytułów z serii „Harry Potter i …”) to adaptacja bestsellerowej powieści Neila Gaimana o tym samym tytule. Książki w mojej opinii przyzwoitej lecz niekoniecznie rewelacyjnej. Książki, którą film ewidentnie przyćmił. Nie znam wielu takich przypadków, kiedy adaptacja jest lepsza od literackiego oryginału (jednym z przykładów, które pamiętam jest chociażby poruszający  „Trzeci cud” Agnieszki Holland oparty na bardzo miernej powieści Richarda Vetere). A tutaj ekranizacja nie tylko opowiada, ilustruje książkę, co więcej, ona ją w twórczy i doskonale intuicyjny sposób rozwija i dopowiada.

Historia Koraliny, dziewczynki o dziwnym imieniu, które ludzie często przekręcają, nazywając ją pospolicie Karoliną zaczyna się w momencie  przeprowadzki z rodzicami do starego, dość zaniedbanego domu, zamieszkiwanego jedynie przez kilkoro dziwacznych sąsiadów: pana Bobinskiego, starca tresującego cyrkowe myszy oraz przez pannę Spink i pannę Forcible, emerytowane szansonistki. Brzmi ciekawie? Dla Koraliny niekoniecznie. Nie ma tu znajomych, wakacje się kończą, a rodzice, zajęci intensywną pracą nie mają dla niej czasu.  Dziewczynka z nudów przeczesuje dom w nadziei odkrycia czegoś ciekawego. Wkrótce rzeczywiście natrafi na coś interesującego: tajemnicze drzwiczki prowadzące do innego wymiaru, bliźniaczego świata, gdzie  jej matka zamiast stukać w laptop i odganiać ją od siebie gotuje dziewczynce pyszne, pachnące posiłki i zawsze znajduje dla niej czas, a ojciec, miast  ślęczeć nad komputerem w pracowni, gra na fortepianie piosenki napisane specjalnie dla Koraliny i uprawia piękny, pełen cudów ogród. Ta idylla  wkrótce okaże się jednak śmiertelną pułapką, z której Koralina będzie musiała wydostać nie tylko siebie….

W większości recenzji, które przeczytałam, krytycy przestrzegają przed zabieraniem na ten film mniejszych dzieci. Zgadzam się z tym ostrzeżeniem, choć wcale nie dlatego, że obraz taki straszny – dziecięce lęki zwykle dotyczą wcale nie tego, co my, dorośli, jesteśmy skłonni uznać za przerażające, natomiast bardzo często owijają się wokół spraw codziennych, dla nas zwyczajnych i zupełnie niegroźnych – odradzam zabieranie na „Koralinę” przedszkolaków  głównie dlatego, że to film zbyt skomplikowany, ze specyficzną narracją i jeszcze „specyficzniejszą” estetyką: to raczej animacja w stylu „Tria z Belleville” niż „Króla Lwa”. Jest perfekcyjna, olśniewająca lecz kanciasta i mroczna, dziecięcio- czy jedenastolatek to doceni, pięciolatek raczej nie. Swoją drogą, ostentacyjne porównywanie „Koraliny” z animacjami disneyowskimi na zdecydowaną niekorzyść tych drugich jest niepotrzebne: Disney, pomimo pewnej schematyczności i sztampowości swoich produkcji jest i pozostanie zasłużonym twórcą absolutnego kanonu filmowej produkcji dla dzieci, którego nie ma sensu moim zdaniem kontestować. O samej animacji poklatkowej i zaawansowanym morfingu, które zostały tu zastosowane, powiedziano już bardzo dużo, ja zaś chciałabym zwrócić uwagę na rewelacyjną, niepokojącą muzykę Bruno Coulais, kompozytora, którzy napisał ścieżkę dźwiękową do „Makrokosmosu”. Muzyki z tego filmu potrafiłam słuchać kiedyś godzinami…

Twórcom adaptacji powieści Gaimana ogromnie powiodła się jeszcze jedna rzecz,  zwykle  mocno ryzykowna, a mianowicie  modyfikacja literackiego oryginału: wprowadzanie w filmie nowych wydarzeń, obrazów, postaci. Zwykle powoduje to moją irytację, bo w większości takich przypadków, oprócz prawdopodobnej satysfakcji scenarzysty zadowolonego z własnej pomysłowości, film niewiele zyskiwał. Tutaj jest inaczej, nowe postacie, jak Wybie i jego babcia są doskonale wprowadzone w „gotowy” świat powieści Gaimana, odnajdują się w nim do tego stopnia, że aż dziw bierze, że ich w oryginale nie było. Dowodzi to naprawdę niesamowitej intuicji twórców filmu, która pozwala umiejętnie i z wyczuciem rozwijać nawet ledwie rozpoczęte wątki. Przyznam, że po raz pierwszy zdarza mi się mieć po projekcji kinowej poczucie, że literacki pierwowzór jest jedynie wersją roboczą i szkicem do prawdziwego i pełnego projektu, jakim jest film. Brawo. 

 

 

 

 

 

Reklamy
Lilypie 5th Birthday Ticker