2424171

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Antologię kupiliśny już dawno i zdążyliśmy obejrzeć po wielekroć. Nie wiedziałam tylko (i w zasadzie nadal nie wiem),  jak właściwie pisać o tak bogatym i niejednorodnym zbiorze kilkudziesięciu animacji, odległych od siebie chronologicznie, tematycznie i plastycznie, jaki znaleźć dla nich wspólny mianownik, jednolitą formułę opisu.

Wybór 37 krótkometrażówek z sześćdziesięcioletniej historii polskiej animacji zgromadzony na 3 płytach DVD to wydawnictwo unikalne na polskim rynku. Nie znajdziecie tu w zasadzie  najpopularniejszych polskich kreskówek: takie postacie jak Reksio, Bolek i Lolek czy Pyza pojawiają się tylko raz, w pierwszych, powiedzielibyśmy dziś pilotażowych, odcinkach  swoich serii. Mamy więc szansę poznać innych, mniej znanych bohaterów i bardziej częstokroć dojrzałe małe formy filmowe.

Myśmy najchętniej i najczęściej oglądali płytę nr 2, chyba najodpowiedniejszą dla dziecka w wieku przedszkolnym. Jacka ulubione typy to pogodny „Piesek w kratkę” Zofii Ołdak, „Czarne czy białe” Wacława Wajsera, czy ascetyczny, wyrazisty „Nielotek” Łucji Mróz-Rajnoch. Wart uwagi jest na pewno film ” O największej kłótni” (jedna z 13 bajek o królestwie Lailonii L. Kołakowskiego) z rewelacyjną narracją nieżyjącego już niestety Zbigniewa Zapasiewicza i plastyką inspirowaną obrazami Bruegla. Nie mogę również nie wspomnieć o kompozytorach, autorach muzyki do prezentowanych w zbiorze animacji –  Krzysztofie Pendereckim czy  Jerzym „Dudusiu” Matuszkiewiczu.

„Antologia…” to dla mnie jeden z lepszych argumentów przeciwko teorii, że telewizja niszczy osobowość i wybraźnię młodego człowieka, uwstecznia go językowo i czyni zeń biernego, otępiałego somnabulika o zastygłym spojrzeniu. Wiele z tych krótkometrażówek jest bowiem absolutnie zachwycających plastycznie, formalnie, koncepcyjnie. Symbolicznych, wieloznacznych, zachęcających do dyskusji z dzieckiem, rozbudzających jego ciekawość i wyobraźnię, a nawet, jak w filmiku „Ostatnie zero” Anny Maliszewskiej, uczących abstrakcyjnego myślenia.

Nie sposób ani streścić, ani podsumować tego bogactwa w jednej notce. W miarę upływu czasu postaram się zamieszczać recenzje tych filmów z antologii, które nam spodobały się najbardziej. A, tych kontrowersyjnych bardziej także.

Reklamy

iage3

 

 

 

 

 

 

 Epoka lodowcowa 3: Era dinazaurów (Ice Age 3 : Dawn of the Dinosaurs), reż. Carlos Santanha, 2009

 

 

Trzecia część przygód mamuta Mańka ( i jego towarzyszki Eli), tygrysa szablozębnego Diego oraz leniwca Sida. Maniek i Ela oczekują narodzin małego mamuciątka (on dużo bardziej nerwowo niż ona), Sid snuje się jak zwykle w poszukiwaniu swojego miejsca, zaś Diego czuje, że rodzinna sielanka stępiła mu zęby i pazury oraz odebrała instynkt łowcy. Stado się rozpada, skoncentrowany na rodzinnym szczęściu Maniek buduje zamknięty plac zabaw dla potomka, Diego odchodzi, a leniwiec znajduje 3 porzucone (tak mu się przynajmniej wydaje) jaja dinozaura i postanawia przejąć nad nimi pieczę. Nie mija jednak nawet jeden dzień, jak po to, co się z jajek wykluło powraca ich prawdziwa rodzicielka, gigantyczna przedstawicielka gatunku Tyranosaurus Rex…

Film realizacyjnie dużo lepszy od poprzednich (pościg Diego za jeleniem – rewelacyjny), natomiast zdecydowanie słabszy jeśli chodzi o pomysły, humor i świeżość. Wrzucenie do fabuły supermodnych dinozaurów niespecjalnie pomogło. Fabuła nie jest ani śmieszna, ani smutna (ach, gdzie ta piękna, przejmująca scena w jaskini z malowidłami w pierwszej części trylogii?) ani nawet szczególnie zajmująca. Ot, da się obejrzeć, i tyle. Największa frajda spotka chyba maloletnich wielbicieli dinozaurów, natomiast dorosły widz poczuje się raczej znużony wtórnymi zapożyczeniami z Gwiezdnych Wojen ( sposób okiełznania złowieszczego dinozaura Rudiego czy  kreacja Bucka, wojowniczej łasicy).

Generalnie  – dość słabiutko, niestety.

 

ziemiomorze

 

 

 

 

 

 

Ziemiomorze (Earthsea), reż. R. Liebermann, 2004 

 

Absurdalna i groteskowa profanacja cyklu Ursuli K. Le Guin, porównywalna jedynie z gwałtem, jaki uczyniono w Polsce na opowieści o Wiedźminie Sapkowskiego. Chaotyczny i bezsensowny bełkot, przykra dla oka kakofonia wątków, zdarzeń i postaci, sprawiająca wrażenie, jakby jej autor nawet nie wziął do ręki którejkolwiek z pozycji cyklu.

To jest tak złe i budzi takie zażenowanie, że tym razem stępię ostrze szyderstwa i zapuszczę zasłonę milczenia nad tym miniserialem. Ten wpis zamieszczam jedynie po to, by potecjalnych zainteresowanych odwieść od zamiaru nabycia rzeczonej pozycji i zmarnotrawienia na nią swojego czasu. Nie na darmo na IMDB padają takie określenia jak: „kompletna strata czasu i pieniędzy”, „najgorsza adaptacja, jaką widziałem”, „jak oni zdobyli fundusze na tę bzdetę”, „niewiarygodne w jaki sposób ten scenariusz mógł dostać zielone światło”. I tak dalej, i tak dalej.

Zdecydowanie, cykl o Ziemiomorzu czeka na swojego Petera Jacksona.

A. I jeszcze jedno: Ged, mroczny, niejednoznaczny Ged zdecydowanie nie powinien wyglądać jak hobbit:

ged

 

 

Chciałabym poinformować tych, którzy tu czasem zaglądają, że Blogowa Spółdzielnia Produkcyjna „Hanyszka” sp. z o.o. otworzyła jakiś czas temu nowy oddział po adresem: www.lampaifotel.blogspot.com. Link widoczny również obok, jako odnośnik w kategorii Alter ego. Chętnych zapraszam :-)

Moje dziecko nie lubi trzech kreskówek: „Dobranocnego ogrodu”, „Chowdera” oraz „Toma i Jerry’ego”. Dwie pierwsze antypatie zdaje mi się, że pojmuję – „Ogród” zbyt naiwny jak dla prawie pięciolatka, „Chowder” z kolei za bardzo pojechany i groteskowy. Z „Tomem i Jerrym” miałam przez pewien czas kłopot, próbując dociec źródeł Jackowej niechęci.

Dziś rano zdało mi się przez moment, że złapałam pewien trop. Otóż współczesne produkcje dla dzieci zdecydowanie zmierzają w kierunku propagowania społecznych więzi, ducha współpracy i wzajemnej pomocy. Bracia Koala „są tutaj, żeby pomagać”, bohaterowie „Kręciołkowa” szukają bohatera, „którego praca liczy się”, Rakieta Małych Einsteinów „ma misję”, zaś maszyny Boba Budowniczego radośnie zapewniają, że „dadzą radę”.

Na tym tle nieustająca, bezpardonowa walka kota i myszy, wojna bezrefleksyjna, dość brutalna, całkowicie bezmyślna i do tego jeszcze nużąca przez swą monotonną powtarzalność ma prawo młodego odbiorcę zniechęcać i męczyć. Bo ileż razy można patrzeć, jak jeden drugim ciska o ścianę, podstawia nogę, wali ciężkimi przedmiotami po łbie?

I zero porozumienia, zero consensusu ;-) Poszedłby jeden z drugim na szkolenie ze sztuki negocjacji oraz z  rozwiązywania konfliktów. Od razu nasze społeczeństwo obywatelskie by na tym zyskało ;-)

tom_and_jerry-1

 

moomin

 

 

 

 

 

„Lato Muminków „(„Muumi ja vaarallinen juhannus” ), reż. Maria Lindberg, 2008

No cóż, na przekór moim wcześniejszym zachwytom i wygórowanym (może) oczekiwaniom, przedsięwzięcie pod nazwą „Lato Muminków” uważam niestety (chlip, chlip) za chybione. Przyznam uczciwie, że ten niedługi, jak na film pełnometrażowy, seans dłużył mi się niemiłosiernie i tylko, ziewając,  wypatrywałam końca projekcji.

Niespieszna narracja, która nieźle sprawdzała się w przypadku serialu animowanego z lat 70-tych (na podstawie krórego film został zrealizowany), tutaj zupełnie zawiodła. I mówię to ja, która będący produktem wyobraźni Tove Jansson świat uwielbia, zaś wzmiankowany wyżej serial oglądała z łezką w oku…

Całość jest po prostu nużąca i, co więcej, pozbawiona specyficznego poczucia humoru fińskiej pisarki (które w dużej mierze stanowi o wyjątkowości i powodzeniu cyklu) – by podać choć jeden przykład, tak z pamięci: Mimbla, starsza siostra małej Mi, nagabywana w książce przez rodzinę Muminków, czy naprawdę wierzy, że jej krzyki i nawoływania mjące przywołać niesforną siostrzyczkę przynoszą jakiekolwiek działania, odpowiada: „Nie. Ale przynajmniej mam czyste sumienie.” No i właśnie tej leciutkiej ironii, tego przymrużenia oka zupełnie w filmie nie ma.

Z plusów: świetna, klimatyczna narracja Krzysztofa Kowalewskiego. Sama animacja, odważna w tym sensie, że tak świadomie archaiczna, wzbudziła wśród odbiorców największe kontrowersje (vide dyskusja na Filmwebie) dla mnie jest OK. Nie wiem, czy to tęsknota za czasami mojego dzieciństwa, ale nawet ostentacyjna deziluzyjność pewnych rozwiązań animacyjnych ogromnie mi się podobała – kawa lejąca się dzbanka, czy wybuch wulkanu zrobione są tak umownymi środkami, że jest to aż rozczulające.

Przez swą naiwność, prostotę i czas trwania, film zdecydowanie przeznaczony dla najmłodszych dzieci.

lm

O polskiej ekranizacji przygód Muminków pisałam prawie rok temu na swoim poprzednim blogu. Serial, zrealizowany w latach 70-tych przez Se-Ma-For i austriacki Jupiter Films, ogromnie mi się wtedy podobał, dużo bardziej niż popularna japońska wersja przygód trolli stworzonych przez Tove Jansson. Sama zresztą Autorka darzyła dużym sentymentem polską produkcję, jako tą, która w największym stopniu oddała charakter i nastrój stworzonego przez nią świata.

Dlatego też  bardzo się cieszę na zapowiedzianą na 15 maja premierę pełnometrażowego fińskiego filmu „Lato Muminków”, opartego właśnie na tej wiekowej, archaicznej już pewnie dla wielu polskiej animacji. Nie umiem racjonalnie wyjaśnić, co jest takiego w tej estetyce, że mnie ona absolutnie zachwyca. Widziałam zwiastun w kinie, gapię się na galerię zdjęć i nie mogę pojąć, jak ktoś może przedkładać nad to wersję japońską („to ta brzydsza animacja”, jak stwierdziła na przykład jedna z użytkowniczek serwisu Filmweb). Brzydsza animacja, brzydsza animacja. Droga młodzieży, wasz zmysł estetyczny został zwichrowany na wieki ;-)

A tutaj zwiastun:

  

 

 

 

7114061_2 Artur i Minimki (Arthur et les Minimoys), reż, Luc Besson, 2006

Przyznam się, że z Luc’em Bessonem mam od jakiegoś czasu kłopot. No bo, dzięki jego starym filmom jak „Subway” czy „Wielki Błękit”, noszę w sobie przekonanie, że Besson wielkim reżyserem jest. Potem od „Piątego elementu” począwszy a skończywszy na „Angeli” wrażenie to blaknie i rozmywa się. I nawet nie to, że te filmy jakoś bardzo złe są. Nie. Są niezłe formalnie i nawet przyjemnie się je ogląda (choć w pamięci, mojej przynajmniej, pozostaje głównie Milla Jovovich w skąpym stroju zmontowanym z pomarańczowych pasków czy ujęcia czarno-białego Paryża w „Angeli”). A jednak „nie zachwycają”, nie uwodzą, nie każą o sobie mysleć jeszcze wiele godzin, dni, tygodni po projekcji.

Podobne wrażenie mam przy „Arturze i Minimkach”. No bo pierwsze, trudno nie docenić zaangażowania i odwagi Bessona przy realizacji tego projektu (wiele lat pracy, kupa kasy, ryzyko formalne etc.). Po drugie – gwiazdorska obsada: Mia Farrow, Freddie Highmore, dyżurna twarz współczesnego dziecięcego kina ( „Charlie i fabryka czekolady”, „Pięcioro dzieci i coś, „Kroniki Spiderwick”), Madonna, Snoop Dogg czy David Bowie. Po trzecie – przyzwoita animacja, naprawdę dobrze zestawiona i przenikająca się z częścią fabularną filmu. Po czwarte w końcu: legendarna francuska lekkość, filuterność, ironia i wdzięk. Wszystko fajnie, tyle, że składa się to razem w całość niestety przewidywalną i dość nużącą.

Sama historyjka jest raczej banalna: dziesięcioletni Artur (Freddie Highmore) mieszka w Connecticut ze swoją babcią (Mia Farrow) w dużym, pięknym domu z ogrodem. Jest środek lata i chłopiec właśnie obchodzi urodziny. Sielanka to jednak pozorna, bo rodzice Artura wyjechali gdzieś za chlebem, dziadunio Archibald był uprzejmy zaginąć bez wieści kilka lat przedtem, zostawiając rodzinie jedynie księgę pełną rysunków i wspomnień z Afryki oraz opowieści o ukrytym w ogrodzie mitycznym skarbie. Tak zdekompletowanej rodziny nie omijają poważne finansowe tarapaty, w wyniku których odpowiednie służby odłączają do uroczego domku dopływ prądu i sygnału telefonicznego. To make things worse, na dom i ziemię dybie paskudny deweloper, który chatynkę chce zburzyć i zaorać i na tym terenie postawić ordynarne betonowe bloki. Artur ma tylko 48 godzin, by powstrzymać wrednego przedsiębiorcę, odnaleźć zakopane w ogrodzie rubiny i ocalić dom i rodzinę przed zgoła niewesołym losem. W tym celu musi najpierw przeniknąć do mikroskopijnego świata tytułowych Minimków…

Nie trzeba być wielkim kinomanem, by podczas wędrówki Artura po krainie Minimków (a de facto wśród traw własnego ogrodu) odnaleźć tony literackich oraz filmowych inspiracji i zapożyczeń: przyuważymy tu m. in kalki z opowieści o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu, nawiązania do filmów „Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki”, „Wodne dzieci”, „Władca pierścieni”, „Gwiezdne wojny” czy „Harry Potter” (Maltazard, główny szwarccharakter, łączy w sobie cechy Saurona, Dartha Vadera oraz Voldemorta). Zapożyczenia te są mało subtelne, raczej bezpośrednie i jak dla mnie, dość irytujące.

Paradoksalnie, tym co  w mojej opinii  ratuje ten film, jest oryginalność i pewna odwaga w konstruowaniu alternatywnego świata. Film jest ewidentnie adresowany do dzieci, widz dorosły nie znajdzie tam dla siebie specjalnie dużo, a jednak świat Minimków daleki jest od baśniowego stereotypu. Księżniczka Selenia nie jest mdłą długowłosą dzieweczką na wysokiej wieży, lecz ponętną panienką z krągłym tyłeczkiem i dojrzałym, niepokojącym glosem Joanny Brodzik. Dziesięcioletni Artur przechodzi w ciągu kilkudziesięciu godzin chyba jakieś hiperekspresowe dojrzewanie psychiczne i seksualne, całując się namiętnie z księżniczką ze dwa jak nie trzy razy, a na końcu zawierając z nią związek małżeński. Pisałam „paradoksalnie” bo ten akurat wątek żeniaczki dziesięciolatka wywołał wśród widzów niejaką konsternację.  Warto także wspomnieć o dekadenckiej, zadymionej knajpie Maxa, gdzie słucha się starych winyli i leniwie popija zielonkawy wyskokowy napój (absynt?). Jestem przekonana, że w Polsce nakręcenie takiego filmu spotkałoby się z oporem, bo u nas dominuje przekonanie, że dobra bajka (fatalne słowo, BTW) to taka bez erotyki i, o matko bosko, bez przemocy. A że już mierna ona na przykład czy durna, o to mniejsza.

P.S. jeszcze w tym roku planowana jest premiera drugiej części historii Artura i Minimków, nosząca tytuł „Artur i zemsta Maltazarda”. Coś mi się widzi, że na skonsumowanie związku Selenia i Artur będą musieli jeszcze trochę poczekać…

 

reanimacja-2009-plakat 

 

 

 

 

 

 

 

W ten piątek rusza w Łodzi 6 Międzynarodowy Festiwal Animacji ReAnimacja. Oprócz pokazów konkursowych w programie imprezy znajdą się również osobne bloki tematyczne, takie jak np. przegląd animacji nagrodzonych Oscarem bądź nominowanych do tej nagrody (tutaj „Piotruś i wilk” czy francuska hiperkrótkometrażówka „Oktapodi”) lub cykl „Powiew z fiordów” czyli najlepsza animacja norweska wg Norwegian Film Institute.

Jeśli chodzi o ofertę dla dzieci, to animacje przeznaczone dla najmłodszych obejrzeć można przede wszystkim w ramach bloku „Polki animują” czyli historii polskiej animacji wg kobiet. Pokazane zostaną m. in. filmy Anny Maliszewskiej „Ostatnie zero” i  „Przygoda w paski”, Łucji Mróz-Raynoch „Nielotek” czy Jackowy number one, to jest „Piesek w kratkę” Zofii Ołdak. Większość tych animacji znamy z Jackiem doskonale  z trzypłytowego wydania „Historii polskiej animacji dla dzieci” ( o którym wkrótce sprężymy się i napiszemy). Warte uwagi są też 2 nowsze filmy: „Radostki” M. Osińskiej i „Len” Joanny Jasińskiej.

Więcej informacji nt. bogatego programu festiwalu znajdziecie na www.reanimacjafestival.com

 

Korci mnie. Strasznie mnie korci. Choć wiem, że nie dość, że drastycznie zawyżyłabym średnią wieku na widowni, to jeszcze musiałabym powstrzymywać dreszcze odrazy i  jęki niesmaku – stężenie różu i plastiku na cm2 przekracza wielokrotnie dopuszczalne w moim systemie estetycznym normy.

Zdam się więc na Waszą opinię, drodzy Czytelnicy. A zatem – iść na „Hannę Montanę” i pyknąć tu recenzyjkę, czy też nie?